Trzeci Zakon
Początki III Zakonu na Wschodzie i na Zachodzie. Zaprowadzenie III Zakonu w Poznaniu i Krakowie. Księżna Marcelina Czartoryska. Ks. Golian, bp Janiszewski; o. Serapion, prowincjał, naznacza o. Rafała przełożonym III Zakonu. Nauka p.o. generała (Gotti). Zebrania. Kierownictwo o. Rafała. Cnoty pierwszych tercjarek. Trzeci Zakon w Czernej.
Celem życia zakonnego jest doprowadzenie duszy do doskonałej miłości Boga, zjednoczenie jej z Bogiem, jako źródłem jedynego, prawdziwego szczęścia, odrywając ją od dóbr ziemskich, niezdolnych uczynić człowieka szczęśliwym. Ten rodzaj życia zapoczątkowali mężczyźni ze św. Eliaszem, Elizeuszem, św. Janem Chrzcicielem, apostołami i mnichami na czele. Kobiety, pociągnięte pięknością i wyższością takiego życia, więcej anielskiego niż ludzkiego, naśladowały mężczyzn, żegnały świat i udawały się na samotnię klasztorną, ażeby tam życie całe poświęcić służbie Bożej. Osoby obojga płci, zatrzymane w świecie przez więzy rodzinne lub inne, które jednak pragnęły wieść życie doskonałe, w swoich domach, o ile tylko mogły, praktykowały ćwiczenia życia zakonnego. Stąd w rodzinach zakonnych powstały trzy gałęzie: zakon pierwszy – męski, drugi – żeński i trzeci, czyli tercjarski, obejmujący osoby świeckie, złączone z zakonem, ażeby mieć udział w jego dobrach duchowych i pracować z nim i pod jego kierownictwem nad szerzeniem chwały Bożej i zbawieniem dusz.
Od samych początków życia klasztornego, od czasów św. Elizeusza, tj. dziewięciuset lat przed Chrystusem, były już osoby świeckie, złączone z zakonem prorockim. Czytamy w czwartym rozdziale czwartej Księgi Królewskiej, że żona jednego z proroków przyszła do św. Elizeusza prosić o pomoc. Józef Flawiusz pisze, że była to wdowa po proroku Abdiaszu, zarządcy króla Achaba, który podczas prześladowania Izebel ukrywał i żywił stu proroków. Św. Elizeusz dopomógł jej, spełniając wielki cud. Na początku ery chrześcijańskiej esseńczycy dzielili się na dwa odłamy: jedni składali ślub dozgonnej czystości, drudzy żyli w małżeństwie, lecz zachowywali czystość według swego stanu, mieli „tę samą regułę, ten sam ubiór i to samo pożywienie” jak esseńczycy żyjący we wspólnocie. Św. Tekla, kierowana przez św. Pawła, św. Ifigenia, córka króla etiopskiego, nawrócona przez apostoła św. Mateusza, cztery córki św. Filipa, św. Flawia Domicylla, św. Eufrozyna itd. są wzorami, które tercjarki powinny naśladować. Św. Grzegorz z Nazjanzu pisał w IV wieku: „Wszędzie, gdzie zbawienna nauka Jezusa Chrystusa była opowiadana, jest dużo kobiet, które żyją we wspólnotach, ożywione pragnieniem życia dla nieba; inne z poświęceniem pomagają niedołężnym rodzicom i mieszkają z braćmi, którzy są świadkami ich czystego życia”. Gdy zakonnicy z góry Karmel osiedlili się na Zachodzie, widzimy bł. Agnieszkę, córkę króla czeskiego, bł. Joannę z Tolosy i za ich przykładem wiele dusz szlachetnych, żyjących w świecie, oddających się modlitwie, pokucie i innym uczynkom pobożnym, o ile ich obowiązki rodzinne na to pozwalały. W XII i XIII wieku liczba braci i sióstr Trzeciego Zakonu nie była mniejsza niż zakonników i zakonnic. Trzeci Zakon Karmelitański był zatwierdzony przez papieży Mikołaja V i Sykstusa IV, którzy nadali jego członkom te same łaski i przywileje, jakimi obdarzone są trzecie zakony św. Franciszka, św. Dominika i pustelników św. Augustyna. Bulla Sykstusa IV przyznaje im też wszystkie przywileje i wszystkie odpusty, które aż do tego czasu lub kiedykolwiek w przyszłości były lub będą nadane karmelitom i karmelitankom. Nadaje ona również przełożonym zakonu władzę przyjmowania do Trzeciego Zakonu osób obojga płci, które posiadają wymagane przymioty, dawać im habit i zobowiązywać do zachowania Reguły Zakonu Karmelitańskiego, o ile w sumieniu stwierdzą, że będzie to pożyteczne dla ich zbawienia.
Przed zatwierdzeniem Trzeciego Zakonu przez papieża jak i potem tercjarze zachowywali Regułę karmelitów, przystosowaną przez kierowników duchowych do indywidualnych możliwości każdego z nich. Gdy jednak po reformie św. Teresy liczebność zarówno karmelitów bosych, jak i trzewiczkowych gwałtownie wzrosła we wszystkich krajach Europy i na misjach zagranicznych, wzrosła również liczba tercjarzy, dlatego przełożeni uznali za stosowne dać im jedną regułę, wzorowaną na Regule karmelitańskiej, którą można by praktykować w każdym stanie. Pierwsze wydanie tej reguły, opracowanej przez o. Stefana od św. Franciszka Ksawerego z klasztoru reformy tureńskiej, zatwierdził generał zakonu w roku 1671; wydano ją w Paryżu w roku następnym. Reguła ta, uproszczona i udoskonalona przez o. Marka od Narodzenia NMP, również zakonnika reformy tureńskiej, została zatwierdzona w roku 1680. Ojcowie reformy tureńskiej rozpowszechnili ją we wszystkich prowincjach zakonu, zwłaszcza w Bretanii, Owernii, Prowansji, Belgii, Niemczech i nawet w Polsce, gdzie ich prowincja wielkopolska lub Najśw. Sakramentu była w kwitnącym stanie.
Karmelici bosi także opracowali regułę dla swoich tercjarzy, zgodną z duchem reformy św. Teresy. Pierwsze jej wydanie wyszło w Belgii, w Liège w roku 1699, drugie we Francji w roku 1708. Ta sama reguła, kilkakrotnie dostosowywana do zmieniających się warunków życia, do dziś służy naszym tercjarzom. Dla Trzeciego Zakonu w Polsce i na Litwie wyszły dwa wydania tej reguły jeszcze przed reformą klasztoru w Czernej w roku 1880. Potem ukazały się nowe wydania.
Gdy w.m. Jadwiga Wielhorska z pomocą biskupa Czackiego, swego krewnego, kardynała Ledóchowskiego i papieża Piusa IX z karmelitankami z Belgii założyła klasztor w Poznaniu, p.o. Andrzej od św. Romualda, spowiednik zgromadzenia, zapoznał z naszym Trzecim Zakonem przyjaciół tego Karmelu i dał święty habit tercjarski kilku kapłanom, znanym z pobożności i gorliwości o chwałę Bożą. Gdy p.m. Maria Ksawera została przyjęta do tego zgromadzenia (1873) i otrzymała habit karmelitański (19 marca 1874), księżna Marcelina z Radziwiłłów Czartoryska zainteresowała się naszym zakonem i chciała poświęcić się służbie Bożej. Dowiedziała się wtedy o Trzecim Zakonie i postanowiła zostać tercjarką karmelitańską. Została przyjęta w Krakowie, gdzie schroniło się zgromadzenie poznańskie, uciekając przed prześladowaniem. Ceremonii obłóczyn dopełnił w.o. Andrzej. Księżna była pierwszą tercjarką przyjętą w Krakowie [w klasztorze łobzowskim]. Przyczyniła się bardzo do rozpowszechnienia Trzeciego Zakonu i pociągnęła za sobą wiele osób z najlepszych rodzin. Ona też postarała się o to, że zebrania tercjarskie odbywały się regularnie w pierwszy piątek każdego miesiąca w kaplicy karmelitanek. Z początku nauki miał ks. Golian, kanonik krakowski, potem ks. Janiszewski, biskup koadiutor wygnany z Poznania, którego przyjął do Trzeciego Zakonu o. Bertold, przeor z Czernej, w końcu ks. [Władysław] Kociałkowski, kapelan klasztoru na Łobzowie, także tercjarz. Młody ten ksiądz odznaczał się pobożnością i wymową; był, jak mówiono, jedną z pereł diecezji poznańskiej, dlatego i on został wydalony z Prus w czasie Kulturkampfu.
Gdy o. Rafał przyjął w Czernej święcenia kapłańskie, o. prowincjał Serapion zlecił mu kierownictwo Trzeciego Zakonu. Karmelitanki, które słuchały jego nauk w pierwsze piątki, tak je oceniły: „O. Rafał mówił krótko, lecz to, co powiedział, było bardzo praktyczne i pełne namaszczenia i zwracało te panie ku życiu wewnętrznemu, jak nam same to mówiły”.
W Trzecim Zakonie było wtedy kilka osób, prowadzących życie prawdziwie budujące. Nikt nie mógł być przyjęty bez zgody księżnej Marceliny, która była uważana za przełożoną, choć pokora nie pozwalała jej przyjąć tego obowiązku. Nie wszystkie tercjarki należały do wyższego towarzystwa krakowskiego; księżna zwracała uwagę tylko na cnotę, stosując się do ducha reguły, która pozwalała na przyjmowanie osób wszelkich stanów, byle tylko były ożywione szczerym pragnieniem prowadzenia życia doskonalszego i budowały bliźnich prawdziwą czcią Boga i Matki Najświętszej.
Gdy generał o. Hieronim Maria od Niepokalanego Poczęcia pierwszy raz wizytował Karmel polski, o. Rafał prosił go o radę odnośnie do sposobu kierowania Trzecim Zakonem, w odpowiedzi otrzymał list, datowany w Linzu 27 września 1885 roku:
„Co się tyczy nauk dla tercjarek, to radzę Ojcu, żeby były jak najprostsze. Gdyby Trzeci Zakon miał swoją kaplicę, to byłaby inna sprawa, lecz ponieważ zbieracie się w kaplicy sióstr, życzę sobie, żeby nauki były budujące, proste i żeby nie wprowadzały żadnej zmiany w zajęciach zgromadzenia. Myślę, że nie należy wystawiać Najświętszego Sakramentu in pyxide [w puszce], chyba od czasu do czasu, jeżeli zebranie odbywać się będzie w dzień świąteczny. W zasadzie mógłby Ojciec wystawić relikwię Matki Bożej, po nauce naznaczyć cnotę na następny miesiąc, odmówić różaniec i litanię do Matki Bożej, pobłogosławić relikwią świętą i podać ją tercjarkom do ucałowania”.
„Tercjarki, czytamy w relacji z klasztoru łobzowskiego, oddały się całym sercem pod kierownictwo o. Rafała, którego uważały za świętego. Wszystkie spowiadały się u niego lub zdawały mu sprawę ze stanu swojej duszy. On dawał habit postulantkom i profeskom; kaplica wtedy była oświetlona jasno, tercjarki gromadziły się, a Ojciec za każdym razem przemawiał do nich w budujących słowach. Następne zdarzenie pozwoli nam poznać, jak dobry ten Ojciec starał się, ażeby tercjarki miały czasem jakąś duchową pociechę. Gdy przyjeżdżali do nas nasz o. generał Gotti i nasz o. Bernardyn, gromadził tercjarki w kaplicy i kazał im odnowić śluby przed ojcami generałami; inne dostały od ojców habit lub złożyły na ich ręce profesję. Jak bardzo tercjarki szanowały o. Rafała, świadczy następujący fakt: Jedna z nich dostała list od Ojca i przechowywała go jak relikwię. Gdy ciężko zachorowała, przysłała nam go, prosząc, byśmy go zachowały «jak relikwię po Ojcu»”.
Był on dla wszystkich tercjarek prawdziwym ojcem; kochał je, starał się, aby poznały swe obowiązki, usiłował natchnąć je prawdziwym duchem św. Teresy, duchem modlitwy i poświęcenia. Uczył je, jak mają uświęcać swe czynności i cierpienia przez ofiarowanie ich Bogu na większą Jego chwałę i dla zbawienia dusz; zachęcał te, które żyły w dostatkach, do praktykowania uczynków miłosierdzia i często wskazywał im biednych, którym mogły i powinny były pomóc. Relacja klasztoru łobzowskiego opowiada młodej Rosjance, która wyrzekła się schizmy i wskutek tego musiała iść na wygnanie. Żyła w Krakowie z pracy rąk i była w wielkiej potrzebie. O. Rafał, dowiedziawszy się o tym, polecił ją tercjarkom i w ten sposób zapobiegł jej biedzie.
Założycielka Trzeciego Zakonu, księżna Marcelina, przykładem swym potwierdzała nauki ojca Dyrektora, a przyszłe tercjarki z pewnością będą nam wdzięczne, gdy im przypomnimy tutaj księżnę, godną córkę św. Teresy i jedną z największych ozdób rodów Radziwiłłów i Czartoryskich. Wyżej mówiliśmy już o Czartoryskich. Radziwiłłowie sławni byli na Litwie w XV wieku i w tym czasie dostali tytuł książęcy od cesarza. Księżna Marcelina była córką księcia Michała, pułkownika armii Napoleona I. Urodziła się w roku 1817. W młodym wieku straciła matkę i była wychowywana przez babkę, która mieszkała w Wiedniu. Zamiłowanie do muzyki było w tej rodzinie dziedziczne. Młoda księżniczka uczyła się gry na fortepianie u Chopina, swego rodaka, i tyle skorzystała z tej nauki, że później zbierała oklaski na salonach Wiednia, Paryża, Londynu i Krakowa. Gounod kilkakrotnie zasięgał jej rady pisząc muzykę do Fausta, a Liszt z przyjemnością słuchał jej gry.
W roku 1840 poślubiła księcia Aleksandra Czartoryskiego, bratanka księcia Adama, który ją kochał jak ojciec, księżna ze swej strony czuła się szczęśliwa, że mogła go mieć za opiekuna i przewodnika przez te 18 lat, które spędziła w Paryżu. Dom jej był otwarty dla wszystkich, co kochali Polskę, literaturę i sztukę; do liczby jej gości zaliczali się, oprócz artystów wyżej wymienionych, Montalembert, Berger, Villemain, o. Gratry, Horace Vernet, Ingres, Jules Janin, Dudley Stuart, Klaczko, Kalinka, Krasiński, Maurice Mann, Kwiatkowski, Matejko itd.; wszyscy oni byli oczarowani niezwykłą kulturą i uprzejmością księżnej.
Główną cechą charakteru księżnej była dobroć i śmiało można powiedzieć, że całe jej życie było poświęcone uczynkom miłosierdzia. Chęć niesienia pomocy emigrantom polskim zatrzymywała ją w Wiedniu, Paryżu, Londynie, a resztę życia, spędzonego w Woli Justowskiej w Krakowie, poświęciła wspieraniu ubogich. Jeżeli grała na koncercie, to jedynie dlatego, aby przyjść z pomocą rodakom, skazanym na wygnanie za przywiązanie do religii i do ojczyzny. W Wiedniu wspierała młodych Polaków, którzy uczęszczali tam do szkół; w Paryżu odwiedzała weteranów z 1831 roku i opiekowała się biednymi z taką macierzyńską troskliwością, że nazywano ją „Księżną matką”, „naszą Księżną”. Pewnego dnia musiała powiedzieć w szpitalu swoje nazwisko. Jeden z chorych, widząc ją tak skromnie ubraną, rzekł szorstko: „Pani ma być «naszą Księżną? ». Pani nie zasługuje nawet na to, żeby być jej służącą”. Księżna nie pogniewała się na niego za to powiedzenie i odwiedzała go w dalszym ciągu.
W roku 1867 wróciła do Krakowa, aby spędzić tam resztę życia. W tym właśnie czasie jej krewna, księżna Maria, wdowa po księciu Witoldzie Czartoryskim, wstąpiła do Karmelu w Poznaniu i otrzymała imię siostra Maria Ksawera od Jezusa. Heroiczny ten czyn, pełen zaparcia się siebie i miłości ku Bogu i ludziom, wzruszył głęboko szlachetne serce księżnej Marceliny. Chętnie poszłaby w ślady swej kuzynki, lecz więzy rodzinne zatrzymały ją w świecie i wtedy to została przyjęta do Trzeciego Zakonu. Otworzyło się przed nią nowe pole pracy. Blisko dwadzieścia lat prowadziła, zachęcając swym przykładem, po drogach doskonałości chrześcijańskiej i zakonnej grono osób wybranych, których życie całe było poświęcone służbie Bogu, Matce Bożej z Góry Karmel i ludziom. Dla jej gorliwości nie wystarczał jednak Trzeci Zakon; całym swym wpływem poparła reformę klasztoru w Czernej. „A jak ona się do reformy Czerny przyczyniła, to tylko Bogu wiadomo. Jak do naszych ojców generałów jeździła, wstawiała się za nami, pisze w.m. Maria Ksawera. Spokoju nie dawała, a sobie nigdy nic przyznać nie chciała, tylko pod płaszczykiem Karmelu wszystkie swoje dobre uczynki chowała”.
Wierne wypełnianie obowiązków chrześcijańskich i tercjarki karmelitańskiej nie przeszkadzało jej w dziełach miłosierdzia i w obowiązkach towarzyskich. Jeden z jej gości z ostatnich lat z podziwem opowiadał o jej przywiązaniu do ojczyzny i interesowaniu się wszystkim, co mogło przyczynić się dla dobra rodaków. W Woli Justowskiej i w domu przy ul. Basztowej 10 studenci i młodzi artyści byli zawsze mile widziani. Gdy który z nich zachorował, odwiedzała go; gdy wyjechał, pisywała do niego dla dodania mu odwagi i udzielenia pomocy. W Krakowie, tak samo jak w Paryżu, dom jej był otwarty dla wszystkich, którzy uprawiali sztuki piękne albo oddawali się wspomaganiu biednych. Miała dla wszystkich słowa zachęty i nie zaniedbywała niczego, co mogłoby innym sprawić przyjemność. „Drżałem ze wzruszenia, pisze jeden z nich, gdy ta, godna swego mistrza uczennica Chopina, grała jego siódme preludium i poloneza o wzięciu Warszawy”. W Krakowie żyła skromnie, prawie biednie: tyle było biedy do wspierania. W szpitalu św. Ludwika, który jej zawdzięcza swe istnienie, sama usługiwała biednym, brała udział w pracach Towarzystwa św. Wincentego à Paulo, w salach zajęć św. Jadwigi, w pracach sióstr miłosierdzia [szarytek] na Kazimierzu, gdzie odwiedzała biednych po domach, niosąc im, razem z pomocą materialną, słowa zachęty i pociechy. Wszystko to robiła bez rozgłosu; była skromna, miła, pokorna i nie lubiła pochwał. Jedna z jej znajomych powiedziała raz w jej obecności: „Co się stanie z nami, gdy nam Księżnej zabraknie?” Nie podobało jej się to i odparła sucho: „Znajdą się zawsze dusze szlachetne, które będą wspierać ubogich i bronić ich”. Otrzymywała dużo listów od osób z wyższego towarzystwa, lecz ponieważ było w nich dużo pochwał dla niej, paliła je.
W ostatni dzień maja 1894 roku, w wigilię święta Serca Jezusowego, siostra Maria od Serca Jezusowego, księżna Marcelina, mająca wtedy 77 lat, napisała do karmelitanek na Łobzowie, że czuje się zmęczona i nie przyjdzie na zebranie nazajutrz, i prosi o modlitwę. O czwartej rano dostała ataku apopleksji, a pięć dni później dusza jej poszła po koronę sprawiedliwości, które przygotowało jej w niebie jej miłosierdzie. Jej spowiednik, o. Marszałkiewicz, zmartwychwstaniec, przyszedł udzielić jej ostatnich sakramentów świętych. Cały Kraków był poruszony, a szczególniej biedni i ich opiekunowie. Księżna przewodniczyła wszystkim zebraniom charytatywnym u sióstr szarytek, toteż gdy się dowiedziały o jej chorobie, telegraficznie prosiły o. generała o pozwolenie pielęgnowania swojej dobrodziejki. Karmelitanki, nie mogąc jej odwiedzić, przysłały relikwię św. Teresy, którą ucałowała z radością, mówiąc: „Śmiało mogę iść w drogę, mając z jednej strony św. Teresę, a z drugiej św. Wincentego à Paulo”. Jej syn, książę Marceli, był przy niej z żoną, księżną Zuzanną. Głęboko wzruszona, błogosławiła ich po raz ostatni i oznajmiła ostatnią swą wolę: na pogrzebie nie ma być żadnych przemówień ani w kościele, ani na cmentarzu; ciało ma być pochowane na cmentarzu w Krakowie, a nie w grobowcu rodzinnym w Sieniawie. Umarła w następny wtorek o godz. 9.00 wieczorem. Książę Marceli kazał zawiadomić o jej śmierci karmelitanki na Łobzowie, które właśnie zgromadziły się w chórze zakonnym na jutrznię i prosił je o habit karmelitański dla matki. Tercjarka nie może go nosić za życia, lecz może być w nim pochowana. „Czas” pisał 7 czerwca: „Śmiertelne szczątki księżnej Marceliny Czartoryskiej wystawione są w jej domu przy ul. Basztowej nr 10. Dużo osób wszystkich stanów widzi się przy trumnie, szczególniej biedni głośno wyrażają boleść, jaką sprawia im śmierć tej opiekunki nieszczęśliwych i sierot. Ciało Księżnej, która należała do Trzeciego Zakonu Karmelitańskiego, ubrane jest w habit córek św. Teresy i spoczywa na skromnym katafalku”. „Płacz, biednych szczególnie, których umiała wspierać tak bardzo delikatnym sposobem! Dopiero teraz widzi się, jakie było wielkie koło jej dobroczynności. Książę Marceli mówi: Jakiś uczeń medycyny bardzo smutny przychodzi i stoi przy wystawionej trumnie. Czy Pan moją matkę znał? Jakżeż nie znałem, mówi, to ona mnie w tyfusie odwiedzała i ratowała! Jakaś babka zatrzymuje [się] i szlocha: Ona była moją pociechą i podporą. Przed śmiercią nazbierała 3 000 florenów dla nieuleczalnych. W krakowskim ogrodzie jakąś tam fetę ułożyła, a o sobie jak mówiła, z jaką to pokorą prawdziwą”.
Nabożeństwo żałobne odbyło się w piątek 8 czerwca w kościele Panny Maryi „w skupieniu i smutku”; nie było żadnej mowy. Zarząd szpitala św. Ludwika tyle uzyskał, że orszak pogrzebowy zatrzymał się na chwilę przed szpitalem, żeby chorzy mogli oddać ostatni hołd swej dobrodziejce.
Księżna Marcelina, jako prezydentka Trzeciego Zakonu, jak już wyżej wspomnieliśmy, przy przyjmowaniu postulantek nie zwracała uwagi na majątek, lecz na cnotę kandydatki. Mamy tego przykład w „Annales du Carmel” i nie możemy tego puścić w niepamięć. Pewna osoba przyszła do klasztoru na Łobzowie i prosiła o przyjęcie jej do zgromadzenia. Miała czterdzieści lat i nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Odpowiedziano jej, że reguła Karmelu byłaby dla niej zbyt surowa, lecz może być przyjętą do Trzeciego Zakonu. Propozycję tę przyjęła z radością. Była bardzo biedna, lecz z całym poświęceniem spełniała uczynki miłosierdzia względem ubogich i chorych, a to dla księżnej Marceliny było najlepszą rekomendacją. Została przyjęta do Trzeciego Zakonu. Stała się błogosławieństwem dla Karmelu w Polsce, który dokonał tak trudnego dzieła, jak reforma w Czernej.
Nowa tercjarka „Całe mienie swoje nosiła przy sobie. Największy pociąg miała do pielęgnowania chorych, czy to biednych, czy bogatych, w miarę jak jej gorliwość znajdowała obszerniejsze pole między jednymi i drugimi. Wolała jednak pilnować biednych, bo im częściej brak pomocy. Nie tylko nic od biednych nie brała, ale nawet żebrała dla nich; a kiedy bogatsi dawali jej coś od siebie na jej osobiste potrzeby, spieszyła się dzielić z biednymi. Niepodobna opisać jak czułą miłość bliźniego, jaką delikatność starań rozwijała względem chorych bez wyjątku. Mówiła o nich z miłością matki, dbając przede wszystkim o zbawienie ich duszy. Nigdy nie znużona, nigdy nie zmęczona usługami, niekiedy tak przykrymi, była zawsze skłonną do tłumaczenia ich błędów. Chorzy zastępowali jej w konieczności Mszę św., Najświętszy Sakrament, Komunię św. i wszystkie praktyki dla duszy pobożnej tak drogie i pożądane. Nie wahała się ani chwili zostawić wszystko i spieszyć za cierpiącymi członkami Kościoła Chrystusowego. Jedyną myślą, która ją zajmowała, a którą słowami wypowiadała, było: «Ach! gdybym mogła dostać się do jakiej wioski, aby pielęgnować biednych wieśniaków, którzy są tak opuszczeni«. – Pewien młody pan, mieszkający w Polsce zostającej pod zaborem rosyjskim, gdzie lud jest bardzo nieszczęśliwy, dowiedział się o tym pragnieniu tercjarki. Sam zaś pan Karol Brzozowski od dawna szukał osoby, zdolnej do kierowania dość znacznym szpitalem, zbudowanym przez jego śp. matkę, gdzie chorzy nie mogli być przyjmowani, gdyż brakło osoby do ich pilnowania i obsługi. Wiadomo wszystkim, że zakonnice, które w innych krajach podejmują się tej obsługi, nie są cierpiane w tej części naszej biednej rozdzielonej ojczyzny.
Z uniesieniem radości nasza pobożna siostra przyjęła propozycję poświęcenia się temu. Na próżno przedstawiałyśmy jej, że kościoły i księża rzadko dają się spotykać w tym kraju, że będzie często pozbawioną pociech duchowych, a nawet najpotrzebniejszej pomocy religijnej. Nic jej nie odwiodło od jej postanowienia. Mieć chorych, pielęgnować ich wystarczało tej szlachetnej duszy.
Z powodu nagłego odjazdu nasz ojciec Jenerał pozwolił nam przyspieszyć profesję i siostra Anna Teresa, która już nosiła pierwsze imię (nazywała się Anna Szpakowska), wyjechała w jesieni 1881 roku na Podole rosyjskie.
Nie domyślając się wielkości jej zasług, miałyśmy głębokie przekonanie, że zakon nasz zdobył sobie w niej jedną świątobliwą duszę więcej. Nadzieje nasze spełniły się, a nawet przewyższyły oczekiwania. Nowa nasza siostra, nadzorczyni szpitala, wzięła się do dzieła z gorliwością prawdziwie bohaterską. Zaraz prawie po objęciu obowiązków dostała pod straż swojej pieczołowitości wielką ilość chorych, z których wielu było dotkniętych wrzodami wstrętnymi, a z braku starań wrzody te zdawały się nieuleczalne, wkrótce dzięki staraniom inaczej wyglądały. Wielka była wdzięczność tych nieszczęśliwych, a także ich pobożnego młodego pana, który przezwyciężał wstręt w sobie, aby być obecnym przy opatrywaniu ran i nie mógł dość nauwielbiać tak wielkiej miłości bliźniego, podczas gdy siostra nasza w listach swoich do nas pisanych nie mogła znaleźć wyrazów szacunku dla cnót szlachetnej rodziny, w pośród której Bóg ją umieścił.
Sama jedna przez 30 miesięcy wystarczała potrzebom w usługach szpitalnych. W czasie zeszłorocznych świąt Bożego Narodzenia miała osiemnastu ciężko chorych. «Módlcie się za mną, pisała, gdyż taka praca byłaby nad siły najzdrowszej osoby. Czuję się tak osłabioną, że życie moje podtrzymuje tylko widoczna łaska i pomoc Boga». Do ostatecznego wyniszczenia sił własnych nie przestała chodzić od jednego łóżka do drugiego i dopełniać miary zasług swoich ofiarą zupełną z siebie. Umarła, położywszy się do łóżka na półtory godziny przed śmiercią.
Siostra Anna Teresa nie mogła mieć łaski przyjęcia sakramentów świętych, gdyż w tym kraju, wydanym na pastwę schizmy wrogiej dla katolicyzmu Rosji, trzeba czekać niekiedy długo, zanim kapłan przyjedzie. Ale czyż ona tysiąc razy za ten jeden raz nie przyjmowała Jezusa, pielęgnując Go w osobie biednych? A Jezus, który przyjmuje jakby uczynione Jego przenajświętszej Osobie to, co się czyni dla najmniejszego z Jego braci, czyżby odmówił daru z samego Siebie jako nagrodę natychmiastową życia wiecznego tej bohaterce miłosierdzia chrześcijańskiego i miłości bliźniego? Odrzucamy tę myśl, gdyż wyobrażamy sobie miłość Boga ku człowiekowi zupełnie inną, jak miłość człowieka ku Bogu. Cokolwiek bądź, błogosławieństwo chorych i płacz szlachetnej rodziny, która znalazła w naszej siostrze godne narzędzie swojej chrześcijańskiej dobroczynności, w końcu głos ogólny był dla niej w dzień pogrzebu prawdziwym tryumfem. Uznanie zresztą ogólne znalazło wyraz w liście własnoręcznym pana Karola Brzozowskiego, z którego podajemy tu wyjątek: «Dnia 31 grudnia 1882 roku odbył się u nas pogrzeb zacnej i cnotliwej panny Szpakowskiej. Niepodobna mi wypowiedzieć naszej boleści i naszego żalu. Zeszła z tego świata po półtoragodzinnym cierpieniu, usługując do ostatniej chwili biednym chorym, pomimo silnych cierpień, jakimi sama była dotknięta, nie żaląc się nigdy. Była to osoba święta i z trudnością znajdziemy drugą, tak godną czci i szacunku. Niepodobna mi wypowiedzieć całego zaparcia się samej siebie. Żyje ona w pamięci naszej. (...) Opłakujemy ją tak, jakbyśmy opłakiwali kogoś najbliższego i najdroższego nam». (...) Dodam jeszcze tylko kilka słów do tego opowiadania (...) Kiedy była jeszcze w Krakowie, w klasztorze panien Karmelitanek na Łobzowie, była obdarzona łaskami, które nam opowiadała z zadziwiającą prostotą, a do których, wyznajemy, nie przywiązywałyśmy wagi. W ostatnich czasach jej obcowanie z Panem naszym i świętymi było ciągłe (...) W Krakowie jej kierownikiem duchownym przez 13 lat był ksiądz Dunajewski, potem nasz najdostojniejszy biskup. (...) Szczęśliwe tercjarki, które pójdą w jej ślady. Szczęśliwe będziemy i my, jeżeli w naszym zamknieniu zdobędziemy się na podobne zaparcie samych siebie dla służby Boga i bliźnich!”
Jedna z tercjarek polskich spoczywa więc na cmentarzu na Podolu. Czy księżna Moruzi, pochodząca z tych samych stron, wiedziała o tym? Czy czytała życiorys tej siostry, wydany po francusku, a potem po polsku w roku 1883 w czasie, gdy o. Rafał był pierwszy raz przeorem i prawdopodobnie na jego polecenie. Byłoby dziwnym, gdyby jej kierownik duchowy nie udostępnił jej tego życiorysu. W każdym razie nie mogła nie znać dobroczynnego wpływu Trzeciego Zakonu w Krakowie, a szczególnie jego założycielki, księżnej Marceliny, i postanowiła iść w jej ślady. Razem z inną jaszcze penitentką o. Rafała, za pozwoleniem i zachętą swego spowiednika, założyła Trzeci Zakon w Czernej. Dużo młodych osób z Czernej, z Nowej Góry i z sąsiednich parafii, urabianych w pobożności przez naszych ojców, prosiły usilnie o suknię Trzeciego Zakonu i otrzymały ją. Przełożeni generalni przejrzeli właśnie i poprawili regułę. Wydano ją po polsku i liczba postulantek ciągle rosła. Wiele osób z tych części Polski, które należały do Niemiec i do Rosji, szczególnie z Górnego Śląska i z okolic Sosnowca przyjeżdżało kilka razy w roku do naszego kościoła dla odbycia spowiedzi. Najgorliwsze z nich, a było ich sporo, prosiły także o przyjęcie do Trzeciego Zakonu. Był to zastęp dusz szlachetnych i oddanych, które ojcowie prowadzili drogą doskonałości i którym usiłowali wpoić ducha pokuty, modlitwy i gorliwości świętej Reformatorki Karmelu. Rozproszone w rodzinach, fabrykach i kopalniach przez swe modlitwy i swą skromność, w razie potrzeby, przez dobrą radę tercjarki karmelitańskie czyniły dobrze osobom ze swego otoczenia, a gdy wracały do Czernej, nie przychodziły same: towarzyszyły im osoby różnego wieku i różnych stanów. Jedne chciały uwolnić się u kratek konfesjonału z ciężaru długich lat spędzonych z dala od Boga i wśród grzechu, inne chciały nauczyć się, jak prowadzić życie doskonałe. Pewna miła dziewczyna mówiła nam o jednej z tych tercjarek, która pracowała z nią w fabryce: „Za każdym razem, gdy ją widzę, odczuwam pragnienie żyć tak jak ona”. I rzeczywiście poszła w jej ślady i nawet uczyniła coś więcej: po kilku latach przykładnego życia w Trzecim Zakonie pożegnała świat, aby się poświęcić Bogu w zgromadzeniu zakonnym. Chętnie zniosłaby wszystkie męki, aby zbawić swe siostry, które żyły z dala od Boga. Inna także wstąpiła do klasztoru, pociągnąwszy przedtem do Trzeciego Zakonu ojca, matkę i trzy siostry. Inne długie noce spędzały u łóżka chorych albo poświęcały życie wychowywaniu małych dzieci, których rodzice pracowali w fabrykach lub kopalniach. Jeszcze inne prowadziły sale zajęć, gdzie dzieci z dala od wszelkiego niebezpieczeństwa uczą się pracować i służyć Bogu.
Aby Trzeciemu Zakonowi zapewnić jednolite kierownictwo, klasztor w Czernej wydał po polsku podręcznik używany w Austrii i w Bawarii z dodatkiem, mogącym tercjarki natchnąć szacunkiem dla ich świętego stanu i pomóc im w doskonałym pełnieniu dzieła, jakie Bóg im powierzył. Niech korzystają z tej pracy dla uświęcenia własnego i swych bliźnich.
Rozdział VII
Założenie klasztoru w Wadowicach (1892)
Kapituła w roku 1891. O. Kazimierz, przeor w Czernej, i o. Rafał przygotowują założenie klasztoru w Wadowicach. P. o. generał i o. Rafał wizytują klasztory karmelitanek w Krakowie, Przemyślu i Lwowie. Reforma klasztoru w Wieliczce. Wizytacja klasztoru w Czernej; decyzja o założeniu klasztoru w Wadowicach. Wadowice i doktor Wadowita. Założenie. Praca w Czernej. P.o. Bonawentura, prowincjał, z o. Rafałem wizytują klasztory karmelitanek. 1 sierpnia 1892 roku o. Rafał i o. Bartłomiej wyjeżdżają do Wadowic. Otwarcie Alumnatu. Poświęcenie nowej kaplicy. Nasz o. generał mianowany przez Leona XIII arcybiskupem tytularnym Petry i wysłany jako internuncjusz do Brazylii. Pierwsze prace w Wadowicach.
Długie przesiadywanie w konfesjonale w zimnym i wilgotnym kościele w Czernej, rozliczne i nieustanne zajęcia, jakich wymagała administracja dóbr klasztornych i kierownictwo duchowe własnego zgromadzenia i czterech klasztorów sióstr karmelitanek, męcząca podróż po Galicji wschodniej – wyczerpały siły o. Rafała. 25 marca 1891 roku pisał do swego brata Aleksandra: „U nas po dawnemu, tylko ja jeden ku starości się pochyliłem i nie starczy mi już sił, szczególnie do pracy w konfesjonale dla wiernych. Oby przynajmniej Bóg raczył pobłogosławić dawnej pracy i aby zastępcy dalej ku dobru dusz te ostatnie kierować mogli. (...) Ja w połowie kwietnia już kończę moje triennium przeorstwa; czy zostawią mię na Czernie, nie wiem. – Ze zdrowiem mi bardzo licho, katary żołądkowe, płucne, ciągle jakby w influency”.
Kapituła prowincjalna pozostawiła go w Czernej, lecz skazała na zupełny wypoczynek i nie powierzyła mu żadnego urzędu. Jego misja jednak nie była jeszcze zakończona i przełożeni wkrótce powierzą mu zadanie, które zadecyduje o przyszłości Karmelu w Polsce.
Przeorem w Czernej został w.o. Kazimierz od Niepokalanego Poczęcia. Wiedział on, że pierwszym jego staraniem powinno być wzmocnienie sił o. Rafała, aby nam zachować tego świętego zakonnika. Zobowiązał go do wypoczynku, jakiego potrzebował, i powierzył mu urząd ekonoma, który go zmuszał do odbywania licznych spacerów przez pola i lasy Czernej, Żbiku, Siedlca, Dębnika i Paczółtowic – własności klasztoru. O. Kazimierz, który po raz pierwszy był przeorem, potrzebował więc roztropnego doradcy, jakim był o. Rafał, w trudnej i skomplikowanej administracji dóbr klasztornych. Karmelitanki także w dalszym ciągu zwracały się do niego w swych wątpliwościach i zmartwieniach, a on nigdy nie odmówił im rady, pociechy i zachęty, jakich potrzebowały. Przy każdej sposobności przypominał im o obowiązku ciągłej modlitwy w intencjach Kościoła, zgodnie z wolą św. Teresy. 13 maja pisał do matki przeoryszy w Przemyślu: „Zaledwie przed 10-ciu dniami wróciliśmy na Czernę. (...) Zwiedziliśmy Cieszyn. Jeżeli nie może wasze kółko zakonne ruszyć się z Przemyśla, to chociaż modlitwą niech Przewielebna Matka ze swymi dziećmi wyprasza błogosławieństwo Boskie dla pracowników w tej zaniedbanej winnicy Pańskiej”.
Odwiedziny Cieszyna wiązały się z zamiarem nowej fundacji, której karmelici z Czernej od dawna pragnęli, a która nareszcie miała dojść do skutku. W lipcu matka przeorysza z Przemyśla prosiła o. Rafała, aby przybył w sprawie nie cierpiącej zwłoki. Odpowiedział jej po francusku w kilku słowach, z których przebija cała jego pokora, ufność w Bogu i delikatność: „Mocno wątpię, czy jest wykonalny przyjazd do Przemyśla przed przybyciem N.O. Generała. Radzę nie pisać nic i czekać na wizytę, oddając się Opatrzności Bożej. – N.O. Generał, według telegramu otrzymanego przedwczoraj wieczór, powinien przyjechać do Wiednia w najbliższą środę, to znaczy pojutrze. Nie znam programu naszego drogiego Ojca. Prawdopodobnie nasz Ojciec rozpocznie od klasztorów naszych sióstr; łaska Boża będzie działać więcej przez niego niż przeze mnie”.
Ojciec generał znał dobrze o. Rafała od czasu swej bytności w Polsce w roku 1885. Teraz również uczynił go swoim tłumaczem i cały sierpień spędzili razem w Krakowie, Przemyślu i Lwowie. W tym ostatnim mieście nasz o. generał pozostał dłużej dla załatwienia pewnych spraw, które mu polecił papież Leon XIII i dla przeprowadzenia reformy zgromadzenia karmelitanek, które przybyły tam z Wieliczki w 1889 roku. Matka Maria Anioł, która założyła ten klasztor pod jurysdykcją biskupa, nie stanęła na wysokości zadania i Bóg nie błogosławił jej pracy. Od trzech lat, kiedy karmelitanki z Wieliczki przeniosły się do Lwowa, żadna z nowicjuszek nie złożyła profesji. W roku 1891, w chwili wizytacji kanonicznej, zgromadzenie liczyło tylko trzy zakonnice, te, które przybyły z Wieliczki, i cztery nowicjuszki. W katalogu z roku 1892 nie ma już nazwisk dwóch najstarszych sióstr ani nazwisk trzech nowicjuszek; opuściły one zakon. Zastąpiono je prawdziwymi karmelitankami z Krakowa i z Niemiec, na czele z zasłużoną m. Franciszką Teresą od św. Józefa, siostrą założycielki klasztoru w Przemyślu, m. Anny od Jezusa. Po wizytacji kanonicznej o. generał dał habit dwóm nowicjuszkom. Gdy nadeszła chwila obłóczyn, kaplica pełna była ludzi, lecz kaznodzieja nie przyszedł; czekano jakiś czas, lecz na próżno; wtedy o. generał skinął na o. Rafała, żeby wszedł na ambonę, co też ten uczynił natychmiast, bez żadnego przygotowania. Pokazał zebranym, że umartwienia w Karmelu nie są ciężarem przykrym, lecz przeciwnie – źródłem pokoju i szczęścia.
We wrześniu o. generał był w Czernej i po wizycie kanonicznej napisał w księdze wizytacyjnej: „Pragniemy mieć nowicjuszów Polaków i postanawiamy z pomocą Boską znaleźć ich i przygotować; będziemy się też starać, ażeby ten cel osiągnąć”. – W Karmelu polskim, jak prawie wszędzie, trudno było o nowicjuszów i ojcowie w Czernej od dawna szukali środków, jak by temu zaradzić. Doszli do wniosku, że najlepiej będzie, idąc za przykładem dwóch klasztorów prowincji austro-węgierskiej i wielu innych prowincji, a także większości zakonów, założyć mały nowicjat, aby móc przyjmować do niego młodych chłopców, pragnących poświęcić się służbie Bożej i wychowywać ich do życia klasztornego.
Ojciec generał, jak widzimy, podzielał tę opinię i przyrzekł swą pomoc. W październiku wziął udział w zebraniu definitorium prowincjalnego w klasztorze w Linzu. W zebraniu tym uczestniczył również o. Bartłomiej od św. Teresy z Czernej jako trzeci definitor prowincjalny. Oto co nam napisał o tym zebraniu: „Nasz Ojciec Generał mówił o. Prowincjałowi i definitorom między innymi o konieczności założenia w Polsce nowego klasztoru, przy którym byłby mały nowicjat. Definitorium, po uważnym zapoznaniu się z tą propozycją, na pierwszym posiedzeniu przyjęło ją. Ponieważ miejscowość, gdzie miał powstać nowy klasztor, nie została jeszcze wybrana, definitorium poleciło prowincjałowi, w.o. Bonawenturze od Najśw. Serca Maryi, aby zajął się wyszukaniem odpowiedniej miejscowości. Ten z kolei zadaniem tym obarczył ojców z Czernej: Kazimierza, Rafała i Bartłomieja”.
Ponieważ nie mieliśmy zakonników, którzy mogliby się zająć uczeniem chłopców, byliśmy zmuszeni na początek, ku wielkiemu naszemu żalowi, posyłać ich do któregoś z gimnazjów w Galicji. Nowa fundacja miała więc powstać w miejscowości posiadającej gimnazjum. Ojcowie odwiedzili Bochnię i Wadowice i napisali do o. prowincjała, co myśleli o tych dwóch miasteczkach. Relację ich posłano do Rzymu i 11 stycznia 1892 roku definitorium generalne zdecydowało, że nowy klasztor powstanie w Wadowicach.
Miasteczko to leży w diecezji krakowskiej, trzydzieści dwa kilometry od Czernej, na skraju pogórza Karpat, na lewym brzegu Skawy, która wpada do Wisły. Prawa miejskie otrzymało na początku XIV wieku; na początku XV wieku zniszczył je pożar, lecz wkrótce odbudowało się i Kazimierz, książę oświęcimski, do którego należało, w roku 1430 przywrócił Wadowicom prawa miejskie. Wadowice należały wtedy do parafii w Woźnikach; w roku 1440 wybudowano kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych, a w roku 1446 proboszcz z Woźnik zamieszkał w Wadowicach. Chociaż kościół ten znajdował się we włościach książąt oświęcimsko-zatorskich, kolatorem jego był opat i klasztor cystersów w Mogile. Pod koniec XV wieku księstwo zatorskie stało się lennem Polski, a w roku 1564 zostało do niej ponownie w pełni przyłączone.
W tym samym czasie, w 1567 roku, urodził się w Wadowicach, jako syn prostego kmiecia, sławny doktor Marcin Wadowita, w dawnych kronikach zwany Campiusem lub Vadoviusem (Marcin z Wadowic). Uczony ten i świątobliwy kapłan przez pięćdziesiąt lat wykładał teologię na Uniwersytecie Krakowskim; pod koniec XVI i na początku XVII wieku był jednym z najsławniejszych obrońców wiary katolickiej. On sam i jego uczniowie bronili w Krakowie i Rzymie tez teologicznych najczęściej atakowanych przez heretyków, jak: o woli Bożej, o Wcieleniu, o Eucharystii, o nieomylności Kościoła katolickiego, o zasłudze dobrych uczynków u sprawiedliwych itd.. Papież Sykstus V, który słuchał go w Rzymie, mówił o nim, że posiadał „uczoność anielską”. Miłosierdzie szło u niego w parze z nauką. Jako dziekan wydziału teologicznego, rektor Uniwersytetu i prepozyt kościoła św. Floriana wszystkie swoje dochody oddawał na cele dobroczynne. Założył w Krakowie szkołę i szpital, a śmierć jego okryła żałobą miasto, które prawie całe wzięło udział w pogrzebie. Pamięć jego uczczono pięknym pomnikiem w kościele św. Floriana i portretem w Ratuszu. Podziwiał on cnoty swego współziomka św. Jana z Kęt, i jak on całe życie poświęcił na służbę Akademii, a majątek oddał biednym, słusznie więc po śmierci pozostali złączeni we wdzięcznych sercach swych współobywateli.
Miasto Wadowice posiada przeszło dwadzieścia dokumentów pochodzących od królów polskich. W roku 1765 król Stanisław August zatwierdził wszystkie przywileje miasta i zabronił Żydom osiedlać się w nim. Przywilej ten potwierdził cesarz Franciszek II w roku 1793. W roku 1798 do pierwotnego kościoła dobudowano jedną nawę; powiększony kościół poświęcił w roku 1808 biskup krakowski Andrzej Gawroński w tym samym dniu, w którym urodził się Aleksy Bocheński, proboszcz wadowicki w czasie gdy zakładaliśmy tam klasztor. Był on wtedy poważnym starcem, bardzo kochanym przez swe owieczki, które gorliwie nauczał od blisko pięćdziesięciu lat; z wdzięczności przyznano mu honorowe obywatelstwo Wadowic.
Nie wiemy kiedy założono w Wadowicach pierwszą szkołę; na początku XVII wieku, gdy Marcin Wadowita wykładał teologię na Uniwersytecie Krakowskim, miasto miało nauczyciela, utrzymywanego kosztem gminy; w początkach XIX wieku szkoła w Wadowicach miała cztery klasy, a miasto dawało rocznie na jej utrzymanie 1300 florenów. W roku 1831 otworzono szkołę dla dziewcząt, która wkrótce miała 6 klas. To wszystko nie wystarczało jednak światłym mieszkańcom Wadowic. W roku 1835 kilka osób zebrało większą sumę pieniędzy i rozpoczęło starania o założenie gimnazjum. W roku 1866 miasto ponowiło starania i uzyskało pozwolenie władz państwowych; od roku 1882 gimnazjum w Wadowicach ma osiem klas humanistycznych. Gmach, w którym obecnie mieści się gimnazjum, wybudowano w roku 1875. W przedsionku na parterze znajduje się płyta marmurowa z napisem: „Zbudowany kosztem miasta w roku 1875”. Pan Arzt, który był dyrektorem gimnazjum w roku 1892, kazał umieścić w tym samym przedsionku, na ścianie przy drzwiach wejściowych, piękny dwuwiersz [Albiusa] Tibullusa:
Casta placent superis, pura cum veste venite, Et manibus puris sumite fontis aquam.
„To co czyste podoba się Najwyższemu, przychodźcie w czystej szacie I rękami czystymi czerpcie wodę ze źródła”.
Dobra opinia, jaką cieszyło się Gimnazjum w Wadowicach, skłoniła naszych ojców do założenia klasztoru w tymże mieście; jego mieszkańcy również pragnęli mieć zakonników. Prefekt Gimnazjum widział tę potrzebę jeszcze przed poznaniem naszego zamiaru, a władze cywilne, zwłaszcza starosta Stanisław Dunajewski, bratanek kardynała, i burmistrz [Jan] Iwański dowiedziawszy się, że karmelici mają zamiar osiedlić się w ich mieście, poparli ten zamiar i życzyli sobie, aby doszedł do skutku. Także biskup tarnowski Łobos przesłał ojcom słowa zachęty. W liście do o. Rafała pochwali cel naszej przyszłej fundacji, pisząc, że najlepszym sposobem pozyskania powołań zakonnych jest wychowywanie młodych chłopców i wczesne wprawianie ich do życia klasztornego. Podobał mu się nasz plan osiedlenia się w Wadowicach i wyraził nadzieję, że w tym kraju górzystym znajdziemy chłopców nadających się do surowego życia w Karmelu.
22 kwietnia kardynał Albin Dunajewski, książę-biskup krakowski, przysłał do Czernej pozwolenie, wymagane przez sobór trydencki:
„Naszemu drogiemu synowi w Chrystusie, P.O. Kazimierzowi Rybka, przeorowi klasztoru w Czernej Zakonu Ojców Karmelitów, pozdrowienie w Panu.
W liście swym z dnia 21 kwietnia br. donosisz nam, że zakon wasz, za zgodą Definitorium Generalnego waszego Zakonu, ma zamiar założyć i wybudować nowy dom w mieście Wadowice w naszej Diecezji Krakowskiej, i dlatego prosi nas Ojciec o pozwolenie na tę fundację. Z wielką radością przyjęliśmy tę wiadomość w nadziei, że dom ten wyda obfite owoce na chwałę Boga i dla zbawienia dusz. Dlatego zgodnie z postanowieniem Świętego Soboru Trydenckiego (sess. 25 de Reg.., c. 3), mocą naszej władzy chętnie udzielamy pozwolenia i zgadzamy się, aby w mieście Wadowice naszej Krakowskiej Diecezji nowy klasztor waszego Zakonu został erygowany i założony, prosząc Wszechmogącego Boga, aby błogosławił wam i waszemu przedsięwzięciu. Na znak Naszej życzliwości udzielamy Tobie, Przewielebny Ojcze, i całemu Zgromadzeniu naszego pasterskiego błogosławieństwa.
Dan w Krakowie, 22 kwietnia 1892 roku.
+ Albin Kard. Dunajewski. Anatol Nowak, sekretarz”.
Gdy już wszystko było przygotowane, pełnomocnik klasztoru w Czernej dr Faustyn Jakubowski, adwokat z Krakowa, dostał polecenie od naszych ojców, aby się udał do Wadowic i poszukał tam domu odpowiedniego na nową fundację. Znalazł go 3 czerwca, w pierwszy piątek miesiąca, i doniósł o tym ojcom. Dom ten znajdował się przy drodze do Zatora, oddalony osiemset metrów od miasta i należał do pana Foltina, jednego z najzamożniejszych i najbardziej poważanych właścicieli w Wadowicach. Ojciec prowincjał przebywał wtedy w Czernej, pojechał więc dom obejrzeć. Na parterze były trzy pokoje i kuchenka, a na piętrze obszerne mieszkanie z przedpokojem. – Pan Foltin, dowiedziawszy się, że potrzebne są cele dla czterech lub pięciu zakonników, sypialnia dla chłopców, którzy mieli chodzić do gimnazjum i prócz tego kaplica, przyznał, że dom jego był za mały, postanowił zatem dobudować kaplicę i dwie cele, z których jedna miała służyć za zakrystię. Propozycja jego została przyjęta; powiększony dom wynajęto na trzy lata. Pan Foltin polecił zaraz rozpocząć prace budowlane i przygotować wszystko, co było potrzebne dla zakonników.
O. Rafał ciągle mieszkał w Czernej, gdzie pracował i poświęcał się dla dobra duchowego swych braci i sióstr w Karmelu. W początkach grudnia 1891 roku klasztor przygotowywał się do 300. rocznicy śmierci św. Jana od Krzyża, pomocnika św. Teresy w przeprowadzeniu reformy w Zakonie Karmelitańskim. O. Rafał zajął się wydrukowaniem dwóch książeczek, w celu rozpowszechnienia wiadomości o życiu i cnotach świętego reformatora, pomagając w tym gorliwie młodemu przeorowi, a ks. Wincenty Smoczyński, proboszcz z Tenczynka, wielki przyjaciel naszego klasztoru, napisał i wydał sprawozdanie z naszej uroczystości. Ponieważ, oprócz wizyty kardynała, jest tam dokładny opis uroczystości, jakie obchodzimy w naszych karmelach w Polsce w dni poświęcone czci św. Józefa, Matki Bożej z Góry Karmel i św. Teresy, podajemy ten opis w streszczeniu, ażeby nasi młodzi ojcowie, czytając go, pobudzali się do postępowania śladami swych poprzedników:
„Szóstego, siódmego i ósmego grudnia Zgromadzenie w Czernej obchodziło z wielką uroczystością trzechsetletnią rocznicę śmierci św. Jana od Krzyża. Kościół cały tonął w zieleni. Oczekiwano Jego Eminencji Kardynała Dunajewskiego i wzniesiono na jego cześć bramę tryumfalną, zakończoną wieżyczkami i ubraną zieleniną i chorągiewkami w barwach papieskich i polskich. Na czterech tarczach przedstawione były herby Leona XIII, Kardynała, dawnej Polski i Zakonu Karmelitów. Pierwszego dnia nabożeństwo odprawili OO. Jezuici, drugiego dnia OO. Dominikanie, a trzeciego – Jego Eminencja Ks. Kardynał. Przyjechał on dnia poprzedniego, przyjmowany na dworcu w Krzeszowicach przez O. Rafała i O. Bartłomieja, otoczonych licznym duchowieństwem. Na jego spotkanie przybyło pięćdziesięciu jeźdźców na koniach, ubranych w białe sukmany i czapki krakuski, pod wodzą wójta z Siedlca i towarzyszyło mu aż do klasztoru. – Przeor, niezmordowany O. Kazimierz, na czele Zgromadzenia w białych płaszczach i tłumu ludzi, liczącego około tysiąc pięćset osób, oczekiwał Eminencji przy bramie tryumfalnej i wprowadził do kościoła. Orkiestra z Czernej grała, a moździerze klasztorne budziły echo w górach. Po modlitwie przed Najświętszym Sakramentem Kardynał przyjmował w sali przyjęć zakonników i wójta z Siedlca, życzliwie z każdym rozmawiał i pobłogosławił wszystkich. (...)
Przez wszystkie te trzy dni, w kościele był ogromny napływ wiernych z całej okolicy. Ojcowie z klasztoru, którym pomagał o. jezuita, o. reformata, o. franciszkanin i kilku świeckich księży siedzieli w konfesjonale od świtu do nocy; Komunii św. rozdano więcej niż dwa tysiące. Ostatniego dnia, podczas Mszy św. pontyfikalnej, odprawionej przez Kardynała, kościół nie mógł pomieścić wszystkich wiernych, którzy się zeszli z okolicznych parafii, aby otrzymać błogosławieństwo od swego Pasterza. Kazanie o św. Janie od Krzyża powiedział tego dnia ks. Smoczyński. Po Mszy św. Kardynał udzielił Sakramentu Bierzmowania kilkuset dzieciom z okolicznych parafii, a wieczorem, po nieszporach i odśpiewaniu „Te Deum” miał gorącą przemowę do wiernych i duchowieństwa i odjechał do Krakowa o siódmej wieczorem, przy tych samych odznakach czci i miłości, jakie odbierał dnia poprzedniego, gdy przyjeżdżał do Czernej”.
W marcu 1892 roku odbyła się w Przemyślu profesja jednej z nowicjuszek, bratanicy ks. Smoczyńskiego. Panienka ta, wkrótce po swej Pierwszej Komunii św., jak o tym była wyżej mowa, oddała się pod kierownictwo o. Rafała, który ją urabiał przez blisko dziesięć lat i prowadził ją za rękę, aż na szczyty Karmelu. Początki życia klasztornego były dla niej trudne. Dużo ją kosztowało opuszczenie kochającej rodziny, lecz Bóg ją wspierał, a o. Rafał czuwał nad nią. Bóg, który stokrotnie nagradza tych, co wszystko dla Niego opuszczają, przygotował dla naszej nowicjuszki w Karmelu przemyskim rodzinę, godną tej, którą pozostawiła w świecie, a nawet więcej jeszcze. Przed wstąpieniem do nowicjatu, gdy była jeszcze postulantką, przyłączyła się do niej pełna wdzięku panienka, cała pociecha jej życia, aby się więcej z nią nie rozłączyć. O. Rafał ze swej strony czuwał i modlił się, a jego listy, przychodzące od czasu do czasu, miały łagodzić gorliwość jego młodej penitentki i jej towarzyszki lub ożywiać ich odwagę i zachęcić je do zapomnienia o sobie i o świecie, a żyć jedynie dla Boga i z Bogiem. ”Co do siostry Z[ofii Smoczyńskiej] – pisał ze zwykłą pokorą – dla niej i dla jej współzawodniczki, siostry K. – którym obydwom pozdrowienie i podziękowanie za gorliwość ich, jako przykład i razem gorzki wyrzut i zawstydzenie dla mnie – przytoczę to, co piszą o naszym Ś.O. Janie od Krzyża: «Obok surowości życia, do uczynków pokuty zewnętrznej dołączał pokutę i zaparcie się wewnętrzne; chował ducha ustawicznej modlitwy, a przede wszystkim jedynie w Bogu się miłował i przez to wszystko, co myślał, czy mówił, czy pisał, czy czynił, wonią miłości Bożej ożywiał. A gdy kto siebie miłuje, ten Boga miłować nie może, prosił nasz święty Ojciec, aby być wzgardzonym...» itd. «pro Te», to znaczy dla miłości Chrystusowej”.
Te roztropne rady znajdujemy w jednym z listów do matki przeoryszy, gdyż o. Rafał zwykle nie pisywał do zakonnic. Jeżeli miał im co do powiedzenia, robił to przez pośrednictwo przeoryszy i tym sposobem w sercach swych dzieci rozwijał i podtrzymywał zaufanie do ich duchowej matki. W tym samym liście czytamy ponadto: „Dla dwóch siostrzyczek Z[ofii] i K[atarzyny] dodaję jeszcze do przedtem napisanego: Miasto Boże jest to zamek duchowny N.Ś. Matki Teresy. Niech każda z nich uwięzi w tym zamku Pana Jezusa i pilnie tego Boskiego Więźnia strzeże”. Kilka dni po obłóczynach, po ostatnim pożegnaniu z rodziną, w tej uroczystej chwili, gdy nowicjuszka umiera dla świata na zawsze, dobry Ojciec ponownie pisał do swego dziecka: „(...) jeśli nie będę widział jej pogrążonej w Najświętszym Sercu Jezusowym, trzeba mi będzie przygotować się na wiele cierpień, a szczególnie na moim łożu śmierci. Niech myśli bardzo często o Jezusie na Górze Oliwnej i rozważa przyczyny smutku Boga, który stał się człowiekiem z miłości do nas. To jest mój testament dla niej”.
Gdy młoda nowicjuszka zapewniała go o swej wierności, pisał: „Gdy w sprawozdaniu Twoim znalazłem właśnie to, com przypuszczał, w razie jeżeli byś miała pełnością miłości i woli zmierzać bezpośrednio do Pana i Boga naszego, nie widzę nic Ci do dodania, jak pracować in simplicitate cordis, tj. w prostocie serca, w ciągłej obecności Bożej, zaglądając wprost do nieba, do orszaku Królowej i Matki naszej, i razem z chórem świętych Dziewic, jako oblubienica Jezusowa służyć tu, w klasztorku Twoim, Twemu Boskiemu Oblubieńcowi. – Rozmawiać z Jezusem i Maryją, jakbyś miała Ich zawsze nie tylko przed oczyma duszy Twojej, ale jakby wyraźnie przed Tobą, czy przy Tobie. O przeszłości zapomnij zupełnie, jest to rzecz konieczna; uważaj siebie jakby dzisiaj dla Boga narodzoną. – Do walki zawsze bądź przygotowaną; jest to dola nasza na ziemi – a później nagroda w niebie. „Vincenti dabo manna absconditum – Zwycięzcy dam mannę ukrytą”. „(...) gdy w chórze Cię trapi pokusa – staw się w obecności Boga, Najśw. Maryi Panny, Świętych wszystkich, a szczególniej przez Ciebie umiłowanych, wobec chórów anielskich. Wszyscy na Cię patrzą, jak z walki wyjdziesz; zachęcają do wierności, za Ciebie się modlą. (...) Westchnij za mnie, ja za Ciebie szczególniej, abyś była zawsze mężnego serca; a godłem twym: «Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia», a wszystko przez Maryję”.
Trochę później przypomina młodej nowicjuszce radę św. Jana od Krzyża: „Ora et spera – Módl się i ufaj”. Pisze jej, że modlitwa i ufność w Bogu pomagają nam w zwyciężaniu wszystkich trudności, spotykanych na drodze życia, w surowości Reguły, w pokusach, nawet w męczeństwie, i że musimy być gotowi na wszystko, czego Bóg od nas zażąda dla zdobycia nieba.
Wzmacniana dobrymi radami swego duchowego Ojca, siostra nasza szczęśliwie przebyła wszystkie próby nowicjackie i 9 marca 1892 roku złożyła profesję, poświęcając się na zawsze na służbę Bogu. 21 lipca tego samego roku o. Rafał przyprowadził na łono Kościoła katolickiego żonę jednego ze swych najlepszych przyjaciół, p. Tadeusza Czudowskiego. Wyrzekła się ona greckiej schizmy i złożyła wyznanie wiary przed kardynałem Dunajewskim w kaplicy karmelitanek na Łobzowie, a nazajutrz przystąpiła tamże do Komunii św. Było to jakby nagrodą i ukoronowaniem pracy o. Rafała w konfesjonale w Czernej i Krakowie. Bóg miał mu powierzyć teraz inne zadanie.
W maju wizytował klasztory polskie prowincjał w.o. Bonawentura od Najśw. Serca Maryi. W początkach czerwca odwiedził Wadowice i pochwalił wybór domu p. Foltina na klasztor. Dla realizacji tego dzieła potrzebny był odpowiedni człowiek. Zadanie to zostało powierzone o. Rafałowi. Przed wyjazdem z Czernej prowincjał dał mu potrzebne upoważnienia i wziął go na tłumacza w czasie wizytacji kanonicznej klasztorów karmelitanek w Krakowie, Przemyślu i Lwowie.
Z końcem lipca, po ukończeniu wizytacji, o. Rafał powrócił do Czernej dla poczynienia ostatnich przygotowań. 1 sierpnia wczesnym rankiem odprawił Mszę św. w intencji nowej fundacji i z błogosławieństwem o. przeora wyruszył do Wadowic w towarzystwie brata konwersa. Zaledwie wsiedli na wóz, zerwała się gwałtowna burza i towarzyszyła im do dworca w Krzeszowicach. Patronem nowego klasztoru miał być św. Józef, stąd o. Rafał, na wzór św. Teresy, wiózł ze sobą jego figurkę, którą otrzymał na wyjezdnym z Czernej. Jechał w imię świętego posłuszeństwa, Bóg więc był z nim i odwaga jego była niewzruszona. Po południu przybyli do Wadowic w.o. Bartłomiej od św. Teresy, Hiszpan, trzeci definitor prowincji austro–węgierskiej z drugim bratem konwersem i z bagażami. O. Rafał z br. Izydorem przyjechali o 10-tej wieczór. W domu nie było ani jednego łóżka, rozścielono więc słomę na podłodze i zakonnicy położyli się spać, myśląc o stajence betlejemskiej.
Kilka dni później nadeszły od nich do Czernej pierwsze wiadomości. List o. Bartłomieja do przeora kończył się tymi słowami: „Piszę do Waszej Wielebności na kolanach, czynię to jednak nie przez pokorę, lecz ponieważ nie mam ani krzesła, ani stołu. Piszę na przewróconej skrzyni”. Dwa dni później o. Rafał pisał: „Dziś mieliśmy pierwszy porządny obiad: kawę i omlet; za stół służy nam przewrócona skrzynia”.
W maju, w imieniu przeora z Czernej, o. Rafał pisał do przeoryszy w Przemyślu: „(...) mamy na widoku założenie w Wadowicach czegoś w postaci małego nowicjatu. – Zresztą jest to sposób, którym posługują się we Francji, w Belgii, w Hiszpanii, w Italii i częściowo w Linzu i w Raab. Sprawa nie jest łatwa w naszym kraju; to znaczy: o ile trudno jest znaleźć młodzieńców z predyspozycją do życia wewnętrznego, o tyle łatwo jest znaleźć mnóstwo takich, którzy chętnie zaludnią mały nowicjat, aby go potem szybko opuścić. Nadto sama formacja zdolnych kandydatów wymaga także zakonników, którzy byliby w stanie oddawać się tej pracy z powodzeniem. N.O. Przeor myśli, że byłoby rzeczą pożądaną znaleźć u księży biskupów potrzebne poparcie. Mając to na myśli, ośmiela się prosić Przewielebną Matkę, aby się zgodziła porozmawiać na ten temat z J.E. ks. Biskupem sufraganem przemyskim. Być może, Jego Ekscelencja, kierując się intencją rozszerzenia czci Matki Najświętszej, zechce zobowiązać księży, którzy najlepiej znają młodzież w diecezji, do starania się o rozpoznanie wśród niej chłopców z prawdziwym powołaniem zakonnym, i jeśli będą uważali to za dobre, skierowania ich do nas. Chodzi tutaj nie tylko o młodzieńców, lecz także o osoby w wieku dojrzałym. Nie ma obawy, aby duchowieństwo diecezjalne ucierpiało na tym. Trzeba myśleć raczej przeciwnie – licząc na błogosławieństwo Boże i opiekę Matki Bożej z Góry Karmelu”.
Podobną prośbę zapewne wysłano również do innych biskupów w Polsce, czego możemy się domyślać po liście biskupa z Tarnowa, o którym była wyżej wzmianka, wysłanym do Czernej, jako odpowiedź na list o. Rafała.
8 sierpnia przyjechał do Czernej z diecezji tarnowskiej Erazm Jakubowski, chłopiec czternastoletni, opatrzony najlepszymi świadectwami i pełen chęci poświęcenia się Bogu w zakonie Matki Bożej. 24 sierpnia wyjechał do Wadowic z magistrem nowicjatu, który został właśnie wyznaczony na nową fundację. W dniach 22 i 23 sierpnia dwóch innych chłopców przybyło do Wadowic: jeden z diecezji przemyskiej, a drugi ze Śląska. Definitorium prowincjalne na posiedzeniu z 5 września w Linzu potwierdziło nominację o. magistra na urząd prefekta uczniów w Wadowicach, a o. Bartłomiej został wybrany nowym magistrem nowicjuszów.
Dom w Wadowicach był urządzony w następujący sposób: pierwszy pokój, przy wejściu, służył za celę o. wikariuszowi; drugi, największy, został przedzielony ścianką na trzy części, z których jedna służyła za bibliotekę i salę rekreacyjną, a pozostałe dwie – za cele dla dwóch zakonników. W trzecim pokoju była czwarta cela i refektarz. W dużym pokoju na piętrze urządzono sypialnię dla chłopców, a w przedpokoju jadalnię dla nich i małą celkę dla prefekta. Wszystko było biedne w tym małym zgromadzeniu, tak jedzenie, jak i mieszkanie. Do wstrzemięźliwości od mięsa, przepisanej przez Regułę, trzeba było w początkach dołączyć wstrzemięźliwość od ryb, wina i owoców; często i jaj brakowało, ale wszyscy chętnie znosili te braki dla Boga i Karmelu.
27 sierpnia, w święto Przebicia Serca św. Teresy, nasi trzej chłopcy przystąpili do spowiedzi i Komunii św. w kościele parafialnym, gdyż ojcowie uważali, że najlepiej zostawić im pod tym względem zupełną swobodę. Tego samego dnia wieczorem prefekt nałożył im szkaplerz św., a nazajutrz wzięli się do pracy. 30 sierpnia zdali egzamin przed profesorami Gimnazjum i zostali przyjęci do pierwszej klasy. 3 września kwadrans przed godz. 8.00 wszyscy uczniowie zebrali się w Gimnazjum, skąd z dyrektorem i profesorami na czele udali się do kościoła parafialnego na uroczystą Mszę świętą, połączoną z odśpiewaniem hymnu Veni Creator w intencji uproszenia błogosławieństwa Bożego dla pracy w nowym roku szkolnym. Codziennie rano, po modlitwach, chłopcy uczyli się pod nadzorem i kierunkiem prefekta; o godz. 7.00 słuchali Mszy św., jedli śniadanie i wychodzili do Gimnazjum, gdzie pozostawali do południa. Również po południu spędzali tam dwie godziny. O. Rafał uzyskał dla nich zwolnienie od wspólnych ćwiczeń gimnastycznych. Poobiednią i wieczorną rekreację spędzali w ogrodzie, przylegającym do naszego domu, pod okiem ojców, a gdy regulamin szkolny na to pozwalał, szli na przechadzką z prefektem. Na prośbę o. Rafała, dyrektor zwolnił ich też z wycieczek letnich, w których wszyscy uczniowie musieli brać udział. – „Co do wychowanków Wielebnego Ojca, pisał w odpowiedzi na list o. Rafała, to tak wysoko cenię waszą dobroć, że nie wątpię ani chwilę, że wszystko, co ojcowie robią, robią dla ich dobra duchowego i materialnego. Proszę przyjąć wyrazy prawdziwego szacunku, jaki mam dla Wielebnego Ojca od pierwszego dnia naszej znajomości”.
Ponieważ ojcowie nie mieli jeszcze kaplicy w domu, otrzymali pozwolenie odprawiania Mszy św. w kaplicy szpitala wojskowego, który stał bardzo blisko ich domu; tam odprawiali msze święte od 4 sierpnia do 15 października, spowiadali chorych żołnierzy, udzielali im Komunii św. i w każdą niedzielę mieli do nich krótką naukę, której oni chętnie słuchali. Pan Foltin tymczasem starał się o przyspieszenie prac budowlanych. Dwa pokoje były wkrótce gotowe i 15 października jeden z nich został zamieniony na kaplicę. Wszyscy zebrali się tam o wpół do siódmej rano, a o. Rafał odprawił pierwszą Mszę św. Bracia i chłopcy przystąpili do Komunii św., następnie o. prefekt odprawił Mszę św. dziękczynną. W ten sposób Pan wziął w posiadanie ten dom w dzień św. Teresy, swej wiernej służebnicy i reformatorki Karmelu. Karmelici z Czernej, karmelitanki z Krakowa, Przemyśla i Lwowa, rodzina o. Rafała i kilka osób z Trzeciego Zakonu pospieszyli z dostarczeniem wszystkiego, co było potrzebne do odprawiania nabożeństwa.
Ojciec prowincjał, zawsze pełen życzliwości dla nas, przysłał nam dokumenty, które powinny być przechowywane w archiwum nowego klasztoru: pozwolenie księdza biskupa krakowskiego na założenie klasztoru w Wadowicach, pozwolenie Kongregacji super Disciplina Regulari, upoważniające p.o. generała do kanonicznej erekcji klasztoru i nadania mu wszystkich przywilejów i praw przyznanych przez Stolicę Apostolską Zakonowi Matki Boskiej z Góry Karmel, wreszcie dokument kanonicznej erekcji przez p.o. generała, a raczej przez jego wikariusza, p.o. Dionizego od św. Teresy. Nasz o. generał Hieronim Maria od Niepokalanego Poczęcia został nam zabrany. Jego wielka inteligencja, roztropność, połączone z wielką skromnością i dobrocią zwróciły na niego uwagę papieża Leona XIII, który widząc go tak wiernego w małych rzeczach, postanowił powierzyć mu większe. Zamianował go arcybiskupem tytularnym Petry i nuncjuszem przy rządzie republiki Brazylii.
Nasz o. generał bardzo kochał polski Karmel; odwiedzał go dwa razy, pracował dużo nad jego rozwojem, a klasztor w Wadowicach był jego najmłodszym dziełem. Będąc tak daleko, nie przestawał myśleć o nas, czego dowodem jest list, skierowany do nas kilka lat później, który tu podajemy, jako dowód jego przywiązania do nas i naszej wdzięczności dla niego. [...]
Po spełnieniu swego zadania w Brazylii arcybiskup Hieronim Maria Gotti powrócił do Rzymu. Papież Leon XIII, w uznaniu jego usług, zamianował go kardynałem. Papież cenił go bardzo i stawiał w rzędzie tych kardynałów, którzy w jego przekonaniu, godni byli zostać jego następcami; jednak na konklawe otrzymał tylko siedemnaście głosów. Papież Pius X mianował go prefektem Kongregacji Rozkrzewiania Wiary i na tym stanowisku umarł, wyczerpawszy swe siły w służbie Zakonu Karmelitańskiego i Kościoła św. Beatyfikacja naszych męczenników Dionizego od Narodzenia Pańskiego i Redempta od Krzyża była mu również nagrodą za jego pełną poświęcenia służbę Kościołowi św.
Lato w roku 1892 było pogodne, co ułatwiało prace budowlane. W końcu października kapliczka była ukończona i kardynał krakowski sam raczył ją poświęcić. 31 października o godz. 10.00 wieczór przyjechał do Wadowic; na dworcu powitali go duchowieństwo z miasta i okolicznych parafii, władze cywilne, starosta Stanisław Dunajewski, jego bratanek, burmistrz adwokat [Jan] Iwański, dyrektor Gimnazjum z profesorami i uczniami i tłum wiernych, którzy przybyli, aby otrzymać błogosławieństwo od ukochanego kardynała. Miasto było iluminowane, na głównych budynkach powiewały flagi i cała ludność Wadowic dała wyraz swego przywiązania do Kościoła.
Na dworcu Jego Eminencja spotkał karmelitów w białych płaszczach. Pochylił się ku nim i powiedział: Jutro o 7.00 rano przybędę poświęcić waszą kapliczkę. Nazajutrz, w dzień Wszystkich Świętych, kapliczka była przygotowana. Duży i piękny obraz św. Józefa zdobił wielki ołtarz, na bocznych ścianach wisiały obrazy Serca Jezusowego i Matki Bożej. Pierwszy obraz był darem karmelitanek z Wesołej, drugi ofiarowały karmelitanki z Łobzowskiej, a trzeci karmelici z Czernej. O oznaczonej godzinie przybył kardynał ze swym bratankiem starostą; u wejścia do kaplicy powitało go nasze nieliczne zgromadzenie. Chłopcy brali udział w uroczystości jako ministranci; obecny był również pan Foltin ze swym budowniczym. Wzruszenie i radość ogarniały go na myśl, że w jego domu zamieszka Bóg. Wierni nie byli powiadomieni o mającej się odbyć uroczystości, mimo to pod koniec nabożeństwa kapliczka była prawie pełna i kardynał wygłosił do zebranych krótkie przemówienie o tym, że ojcowie przybyli tu, aby ich uszczęśliwić i będą szczęśliwi, jeśli będą ojców szanować i rad ich słuchać. Obejrzał potem ze starostą nasze mieszkanie i pokoje chłopców, dla dodania nam odwagi opowiedział o wielkim ubóstwie, w jakim żyją siostry w Przemyślu i pobłogosławiwszy nas, odjechał. O godz. 9.00 odprawił Mszę św. w kościele parafialnym dla uczniów Gimnazjum, udzielił im Komunii św. i bierzmował tych, którzy jeszcze nie przyjęli sakramentu Bierzmowania. Tego samego dnia odwiedził Gimnazjum, gdzie był przyjęty przez dyrektora i profesorów z należnymi wyrazami szacunku, poświęcił nową bursę i uczniów tam mieszkających i tego samego dnia wrócił do Krakowa.
O. Rafałowi pozostawił ten zaszczyt, że mógł odprawić pierwszą Mszę św. w naszej nowej kaplicy; tego samego dnia, 1-go listopada, o 8.00 rano sygnaturka, ważąca 25 kg, zawieszona w małej wieżyczce na szczycie domu, powiadomiła sąsiednich mieszkańców o tej uroczystej chwili. Wzruszony o. Rafał przystąpił do ołtarza i odprawił św. Ofiarę w intencji uproszenia u Bożego Miłosierdzia błogosławieństwa dla pracy, która miała się rozpocząć dla dobra wielu dusz. Postawiono dwa małe konfesjonały z prawej i lewej strony, blisko wielkiego ołtarza. Pierwszego zaraz dnia pięć osób przystąpiło do spowiedzi św. i trzech uczniów przyjęło szkaplerz św. Do końca grudnia rozdano 932 Komunie św., a do końca następnego roku ponad 9 000. W czasie oktawy św. Jana od Krzyża i podczas Adwentu spowiadaliśmy do południa, a w dni świąteczne do piątej wieczór.
Ścianka, postawiona przy drzwiach wejściowych, zamyka klauzurę. Umieszczono tam małą figurkę św. Józefa z napisem: „Posuerunt me custodem. – Jestem opiekunem tego miejsca”. Jeden z dwóch nowych pokoi przeznaczono na salę do nauki dla chłopców, w drugim, połączonym z kaplicą oszklonymi drzwiami, urządzono zakrystię i chór zakonny. Tam o. Rafał codziennie odprawiał rozmyślanie z braćmi. Ojciec prefekt modlitwy poranne odmawiał z chłopcami, a rozmyślanie odprawiał w celi w czasie gdy chłopcy się uczyli. Gdy o. Rafał miał trochę wolnego czasu, czytał Żywot Pana naszego Jezusa Chrystusa Ludolfa z Chartreux, dzieło bardzo uczone i bardzo pobożne, napisane na podstawie czterech Ewangelii i Ojców Kościoła. Piękna ta książka była jakby ogrodem rozkoszy, w którym dusza naszego Ojca odpoczywała przy Tym, którego jedynie kochała. W dziele tym czerpał treść do rozmyślań i nauk pobożnych, które co niedzielę miał do wiernych zgromadzonych w kaplicy.
14 listopada o. Rafał udał się do Czernej; przejeżdżając przez Kraków, odwiedził kardynała Dunajewskiego, który mu pozwolił korzystać w Wadowicach z przywileju udzielania wiernym cztery razy w roku papieskiego błogosławieństwa i urządzania w jedną niedzielę każdego miesiąca procesji ku czci szkaplerza św. Kardynał bardzo był zadowolony, gdy usłyszał, ile dobrego robi się w kaplicy w Wadowicach. Podczas Wielkiego Postu w roku 1893 nasze konfesjonały były oblężone; penitenci przybywali nie tylko z Wadowic i parafii okolicznych, lecz i z dalszych, oddalonych o piętnaście i dwadzieścia kilometrów. Pozostawaliśmy w konfesjonałach zwykle do południa, a czasem do piątej i szóstej wieczór. Na początku następnego roku, po powrocie z Krakowa, o. Rafał dostał gorączki i musiał leżeć w łóżku przez cały miesiąc. Zaledwie przyszedł do siebie, powrócił do swej pracy w kaplicy i wytrwał na stanowisku aż do Wielkanocy, nie zwracając uwagi na swoje słabe zdrowie; gorąca miłość ku bliźnim zdwajała jego siły.
[Strona poprzedna] [Góra] [Strona następna]
PRZYPISY
M. Teresa Steinmetz do o. Jana Bouchauda, bez daty, APKB, AŚRK 45, Zbiór relacji i wspomnień o O. Rafale Kalinowskim, k. 143r-v i 149r-v. Autor przestawił kolejność akapitów. M. Teresa Steinmetz była przeoryszą klasztoru łobzowskiego w latach: 1889-1892, 1895-1898, 1901-1904, 1907-1910 i 1913-1916.
Teresa od Jezusa (Steinmetz), autorka tych słów [także poprzedniego akapitu], była w tym czasie podprzeoryszą i miała 44 lata (p.a.)
Por.: św. Jan od Krzyża, Droga na Górę Karmel, I, 11, 4 (wyd. cyt., s. 175): „Bo wszystko jedno, czy ptak będzie uwiązany tylko cienką nitką czy grubą, bo jedna i druga go krępuje; dopóki nie zerwie jednej czy drugiej, nie będzie mógł wzlecieć swobodny”.
M. Teresa od Jezusa (Steinmetz) do o. Jana Bouchauda, b. daty, w: APKB, AŚRK 45, Zbiór relacji i wspomnień o O. Rafale Kalinowskim, k. 145r-146v.
Marcin Rubczyński OCarm, Głos Pana kruszącego cedry libańskie, albo rekolekcje osobom zakonnym służące..., Berdyczów 1768.
Ten akapit pochodzi z poprzedniego listu m. Teresy Steinmetz, k. 149r.
To zdanie pochodzi również z poprzedniego listu m. Teresy Steinmetz, k. 149v.
APKB, AŚRK 44, k. 98r-101v: [M. Cherubina Paul OCD], Wspomnienie pośmiertne o naszym Czcinajgodniejszym O. Rafale od S. Józefa, długoletnim najlepszym Wikarym Prowincjalnym, 1913. – Data dopisana ołówkiem, inną ręką. Kolejność wybranych fragmentów tekstu jest inna niż w oryginale listu.
Bp Albin Dunajewski.
Maria Anioł z Góry Karmel (Sabina Elżbieta Trzmielewska, 1847 – po roku 1921), habit otrzymała w 1867 roku w klasztorze poznańskim, w 1875 z drugą grupą sióstr wyjechała do Krakowa, w 1881 przeszła do klasztoru w Wieliczce, w 1888 z całym zgromadzeniem przeniosła się do Lwowa, gdzie otworzyły nowy klasztor. W 1891 opuściła klasztor; zmarła poza zakonem.
|