|
Wikariusz prowincjalny karmelitanek
Pokora Ojca. Pierwsza wizytacja kanoniczna. Wizytacja w roku 1901. Rady dane młodej przeoryszy.
14 maja posłał o. Rafał karmelitankom „miłą książeczkę”, którą wydał dla rozszerzenia nabożeństwa do Najśw. Panny. Przetłumaczyła ją z francuskiego jedna z jego penitentek, panna Maria Dunajewska, bratanica kardynała, a córka ministra cesarza Franciszka-Józefa.
Miesiąc później siostry na Łobzowie otrzymały od w.o. prowincjała następujący list: „Przewielebna Matko! Myślałem, że o. Rafał powiadomił Matkę o zaszłej zmianie. Od 1 czerwca on jest wikariuszem sióstr w Polsce i odtąd do niego mają się siostry zwracać we wszystkich sprawach należących do kompetencji prowincjała. Przelałem na niego całą władzę, jaką mogę delegować i on za mnie przeprowadzi wizytację kanoniczną. Proszę powiedzieć to wszystkim siostrom, aby wiedziały, do kogo się zwracać i aby uniknąć zamieszania. – Br. Chryzostom”.
14 maja o. Rafał pisał ze swej strony: „Przy tej zręczności załączam tę, niekoniecznie pocieszającą dla mnie wiadomość, o naznaczeniu mojej osoby wikarym prowincjonalnym na klasztory WW. Sióstr w Galicji. Tę swą delegację nasz Ojciec Prowincjał już mi przed tygodniem był przysłał; wymawiałem się, jak mogłem, od uciech tego urzędu, lecz wymówki na nic się nie zdały i krzyż przyjąć zmuszonym został”. Poprzedniego dnia pisał też do Przemyśla: „Dla ostatecznego mego upokorzenia podobało się Panu Bogu podać naszemu Ojcu Prowincjałowi myśl naznaczenia mnie wikarym prowincjonalnym dla klasztorów najmilszych Sióstr w Galicji. Wypraszałem się, jak mogłem, dla wielu pobudek, o których rozpisywać się nie chcę. – Odtąd więc w sprawach Waszych, któreście przedstawiały naszemu Ojcu, wypadnie Wam do mnie się zwracać. Ufam w Bogu, że całkiem ich nie będzie i to jeszcze me uspokojenie. – Co począć teraz z wizytą kanoniczną? Wprawdzie będę zmuszonym w wyborze czasu do jej odbycia stosować [się] do miejscowych potrzeb w Wadowicach, jednak rad bym też mieć na względzie i Waszą wygodę. Rad bym wiedział, jakie ważniejsze punkty byłyby do załatwienia, jeżeli Przewielebna Matka uważałaby za właściwe o nich do mnie naprzód napisać”.
Ponieważ prowincja austro-węgierska rozciągała się od Linzu aż do Lwowa, trudno było prowincjałom, którzy mieszkali w Linzu, załatwiać osobiście wszystkie sprawy, a karmelitankom zwracać się do nich w każdej potrzebie, toteż obie strony korzystały nieraz z doświadczenia i roztropności o. Rafała. Karmelitanki pisały do niego często, prosząc o pomoc w trudnych i skomplikowanych sprawach doczesnych i potrzebach duchowych. Już w roku 1900, gdy podjęto starania o zakupienie parceli pod nowy klasztor na Łobzowie, prowincjał p.o. Bonawentura mianował o. Rafała wikariuszem prowincjalnym dla karmelitanek w Polsce. „Wyglądam, lecz na próżno – pisze nasz Ojciec 5 kwietnia tegoż roku – obiecanej powieści o nabyciu domu i gruntu; wtem nadchodzi pismo od naszego Ojca Prowincjała, w którym na mnie cała sprawa się zdaje jako na wikarego prowincjała in partibus Sororum (...)”. – O. Chryzostom naśladował swego poprzednika i począwszy od 1 czerwca 1901 roku, o. Rafał został ostatecznie przełożonym karmelitanek w Galicji.
Zbliżał się czas wizytacji kanonicznej i o. Rafał przygotowywał się do niej z całą starannością; rozpoczął od zapoznania się z instrukcją św. Teresy Sposób wizytowania klasztorów, wydaną przez o. generała Alfonsa od Jezusa i Maryi, i naszkicował sobie następujący regulamin:
-
Wizytator powinien starać się dobrze poznać zakonnice i okazywać im życzliwość pełną gorliwości, poświęcając dla postępu i pociechy dusz mu powierzonych nie tylko swoją wygodę i swoje upodobania, ale nawet zdrowie i życie.
-
Powinien pilnie badać życie i usposobienie każdej z nich, aby mógł zgodnie z potrzebą zastosować roztropnie i umiejętnie odpowiednie środki zaradcze.
-
Przełożony powinien być dobry i przystępny, lecz powinien dać do zrozumienia zakonnicom, że w tym, co się tyczy istoty życia zakonnego, będzie surowy i nieugięty, gdyby bowiem spostrzegły, że lekceważy ich błędy, aby ich nie zasmucać, trudno byłoby mu nimi kierować. Zakonnice powinny wiedzieć, że wizytator nie będzie tolerował naruszania obserwy klasztornej i nie ustąpi, choćby się miał świat zawalić.
-
Gdy nie dostrzeże poważnych uchybień, niech będzie po ojcowsku dobrym, aby ułatwić wzajemny stosunek; w czasie wizytacji jednak lepiej jest być raczej sprawiedliwym niż dobrym, gdyby bowiem zakonnice spostrzegły się, że za uchybienia nie będą karane, pod koniec roku wierność obserwie zostałaby zaniedbana i niemożliwym byłoby wprowadzić ją z powrotem. „Przełożony zaś, który temu zawczasu nie zapobiegał, będzie miał straszliwy rachunek przed Bogiem. (...) I w niejednym poczyniłoby się wyłomy, gdyby przełożeni zawczasu w to nie wglądnęli i przez surowość, o jakiej wspomniałam, nie zapobiegli tym małym uszczerbkom lub nie usunęli przełożonych, które się na ten urząd nie nadawały”.
-
Wizytator nie może powodować się współczuciem, które najczęściej wzbudza szatan, aby tym zrobić dużo złego. Takie współczucie byłoby największym okrucieństwem, jakie można wyrządzić zakonnicom.
-
Trzeba starannie badać książki rachunkowe i baczyć na to, aby wydatki nie przekraczały dochodów. Niech zakonnice nie zaciągają długów, aby przełożony nie był zmuszony udzielać pozwolenia, aby każdą wspomagali jej rodzice. „Bez wątpienia wolałabym, żeby klasztor przestał istnieć, niżby miał przyjść do tego stanu”. Trzeba się dowiedzieć, jak są pielęgnowane chore, jak zgromadzenie jest żywione i czy ilość pożywienia jest wystarczająca. Wizytator powinien wypytać się, jakie dochody przynosi praca ręczna; jest ona bardzo pożyteczna, pominąwszy nawet korzyści materialne, zakonnicom zaś sprawia pociechę myśl, że przełożony zobaczy ich pracę i jest zadowolony. Przeorysza nie powinna nieoględnie wydawać więcej pieniędzy, niż na to pozwala stan kasy, z obawy, aby zakonnicom nie brakło na konieczne potrzeby. Nagannym byłoby budować wspaniałe klasztory. Lepiej cierpieć wskutek niewygody, niż być narażonym na niepokój z powodów materialnych, gorszyć bliźnich zaciąganiem długów, albo być narażonym na brak koniecznych rzeczy.
-
Aby poznać, czy w klasztorze naprawdę panuje skupienie, za każdym razem należy zwizytować cały klasztor, aby wyeliminować wszelkie okazje do rozproszenia, a zwłaszcza zbyt częste korzystanie z rozmównicy. Powinny tam być dwie kraty, jedna wewnętrzna, druga zewnętrzna, tak założone, żeby nie można było podać ręki; w konfesjonałach musi być przybite podwójne płótno; do drzwi od klauzury mają mieć dwa klucze, z których jeden przechowuje furtianka, drugi zaś przeorysza. Kontakty zakonnic z kapelanem i spowiednikiem powinny się ograniczać do ścisłej konieczności. Gdyby która z sióstr miała pod tym względem pokusy, wizytator dobrze zrobi, jeżeli ją wysłucha, pamiętając wszakże, że zwyczajnie w wyobraźni widzi się rzeczy inaczej, niż mają się one w rzeczywistości. Dla zbadania sprawy wypyta też inne zakonnice, aby poznać, jak jest naprawdę i winną surowo ukarze.
-
Gdyby która z zakonnic fałszywie oskarżyła przeoryszę, wizytator powinien ją ostro skarcić, ażeby nie siała niepokoju w zgromadzeniu. Najlepszym sposobem zapewnienia zgody pomiędzy siostrami jest zachowanie prostego i doskonałego posłuszeństwa. Gdyby diabeł kusił którą z nich, nakłaniając do zajmowania się drobiazgami, pod pretekstem, że ona zna się na rzeczy lepiej niż przeorysza, trzeba dać jej do zrozumienia, że zasługuje na naganę i stanowczo stanąć po stronie przeoryszy.
-
Gdyby któraś siostra okazała pragnienie przejścia do innego klasztoru, trzeba jej dać do zrozumienia, że takiego pozwolenia nie otrzyma nigdy.
-
Trzeba zbadać, czy przeorysza nie okazuje którejś z zakonnic specjalnej sympatii, robiąc więcej dla niej niż dla innych. Oczywiście, zawsze częściej będzie korzystała z pomocy zdolniejszych i bardziej zaradnych, nie powinna jednak czynić tego ponad potrzebę, aby nie upokarzać słabszych.
-
Zdarzają się zakonnice, którym się wydaje, że doszły do tak nadzwyczajnej doskonałości, że wszystko, co widzą, zdaje im się złe; to są właśnie te, które popełniają najwięcej błędów. Dlatego nie można dawać wiary zeznaniom jednej, ale zapytać się także innych, zanim się przystąpi do naprawiania zła.
-
Wizytator powinien zwrócić baczną uwagę na sposób, w jaki są zachowywane Konstytucje. Jeżeli nie przywiązuje się wagi do małych rzeczy, łatwo popada się w duże błędy. Należy publicznie zobowiązać zakonnice do wyjawienia dostrzeżonych przez nie wykroczeń i dać do zrozumienia, że będą surowo ukarane, jeżeli tego nie uczynią; napełni to przeorysze obawą i każe im postępować z przezornością. Zakonnice powinny powiedzieć wizytatorowi wszystko szczerze i z prostotą, a on sprawdzi u przeoryszy i urzędniczek, czy tamte powiedziały prawdę. Gdyby przeorysza pozwalała na rzeczy niezgodne z Konstytucjami, przełożony stanowczo przeciwko temu wystąpi, nie licząc się z tym, czy to się będzie podobać lub nie.
-
Przełożony nie powinien pozwalać na przyjmowanie nowicjuszek bez zasięgnięcia o nich wiarygodnych informacji, ani też sióstr konwersek bez koniecznej potrzeby. Podczas wizytacji poinformuje się, czy są nowicjuszki i jak się zachowują, aby gdy nadejdzie czas składania profesji, wiedział, czy ma udzielić, czy też odmówić pozwolenia. Liczba zakonnic nigdy nie powinna być pełna, aby móc przyjąć w każdej chwili duszę wybraną, gdyby się taka zgłosiła.
-
Należy dowiedzieć się, czy przeorysza nie dodaje coś od siebie, czy to w oficjum, czy to w praktykach pokutnych. Może to czynić tylko w wyjątkowych okolicznościach.
-
Jednym z obowiązków wizytatora jest dowiedzieć się, jak zakonnice recytują oficjum, zarówno w tym, co dotyczy śpiewu, jak też w tym, co dotyczy ceremonii. Powinien też zbadać, czy czynią to poważnie i budująco.
-
Byłoby pożądanym, aby przełożony w obecności przeoryszy polecił jednej z zakonnic, aby mu spisała rzeczy ważne, przez niego nakazane, nie wypełnione. Przeorysza powinna wiedzieć, że ta zakonnica ma obowiązek to uczynić.
-
Wizytator powinien być bardzo dyskretny i postępować w taki sposób, aby przeorysza nie wiedziała, które zakonnice go poinformowały. Jeżeli zeznania są bez znaczenia, mógłby je przeoryszy powiedzieć jak gdyby od siebie, tak, aby nie domyśliła się, że wyszło to od zakonnic. Im więcej będzie można ukryć przed nią, że była o niej mowa, tym lepiej, lecz gdyby chodziło o rzeczy ważne, raczej zaradzić złemu, niż starać się o zrobienie jej przyjemności.
-
Trzeba się dowiedzieć, czy przeorysza nie przechowuje pieniędzy w celi bez wiedzy klawarki. Nie powinna ich nigdy mieć u siebie i trzymać się pod tym względem przepisów Konstytucji. Nie trzeba się obawiać wchodzenia w takie szczegóły, choćby to było nieprzyjemne. Lepsze to, niż rozluźnienie. Główną rzeczą w sprawowaniu władzy nad kobietami, choćby były najświętsze, jest dać im do zrozumienia, że mają przełożonego, którego nie powstrzyma żaden wzgląd ludzki, lecz nakaże wypełnić Konstytucje i będzie karał winnych. Będzie je wizytował corocznie i wchodził w szczegóły zajęć codziennych w taki sposób, aby doskonałość zamiast się pomniejszać, ciągle wzrastała.
-
Są dusze proste, którym się wydaje, że popełniają dużą winę i czyn godny pogardy, jeżeli wyjawiają uchybienia przeoryszy w ważnych sprawach. Przełożony powinien je pod tym względem pouczyć.
-
Trzeba wybadać poważnie nie tylko jedną zakonnicę, lecz wszystkie o zachowanie się ich wobec spowiednika i o władzę, jaką mu się nadaje; ponieważ nie jest on kierownikiem duchowym, nie trzeba go tak nazywać. W kontaktach z nim zakonnice powinny być bardzo ostrożne. Co do podarunków mu dawanych, nie powinny być one częste, choć niekiedy nie można ich będzie uniknąć. Lepiej byłoby podwyższyć wynagrodzenie.
-
Przeorysze nie mogą rozporządzać dochodami zgromadzenia, jakby to była ich własność, trzeba więc uprzedzić je, aby były ostrożne w wydatkach.
-
Wizytator dowie się, czy pod względem ubioru głowy i szat zakonnych wszystko zgadza się z Konstytucjami.
-
Sposób wyrażania się też powinien być zbadany; ma on być prosty, czysty i przepojony duchem religijnym.
-
Niech zakonnice unikają procesów, o ile to jest możliwe, chyba że byłyby do tego zmuszone.
-
Co się tyczy tych, które mają otrzymać habit, niech wizytator pouczy zakonnice, aby więcej wagi przywiązywały do ich zalet, niż do dóbr doczesnych, które wnoszą.
-
W czasie każdej wizytacji kanonicznej przełożony ma wejść do klasztoru, aby z wielką uwagą zbadać klauzurę i cały dom, zawsze w towarzystwie swego socjusza, przeoryszy i kilku sióstr. Po skończeniu wizytacji domu niech opuści klauzurę. Rozmowy lepiej prowadzić w rozmównicy. Wizytator winien zawsze odmówić spożywania posiłku w klasztorze, choćby zakonnice nawet bardzo o to prosiły.
-
W dniach wizytacji przełożony nie może zgodzić się na podawanie mu jedzenia wykwintnego; powinno być ono skromne.
-
W czasie przesłuchiwania zakonnic wizytator powinien być sam, aby przewinienia zakonnic, jeśli były, nie zostały ujawnione.
-
Przełożony nie może dać poznać, że lubi przeoryszę, zwłaszcza wobec innych zakonnic, ponieważ byłyby tym onieśmielone i nie miałyby odwagi wyjawić jej przewinień. Przeorysza nie powinna się uniewinniać ani dawać do zrozumienia, że złośliwość powoduje tymi, które ją oskarżają; ona nie wie, kto to powiedział i nie powinna nikogo podejrzewać.
-
„Przytrafiło się to nieraz i mnie samej – pisze św. Teresa – a były to wielkie służebnice Boże, i miałam do nich takie zaufanie, że uważałabym za rzecz niemożliwą, by mogły tak postąpić [to znaczy obwinić siostrę, która na nią doniosła]; dlatego też sama trzymam się tej zasady, że nie wierzę żadnej, dopóki należycie sprawy nie zbadam. (...) Zdumiona jestem chytrością szatana, z jaką on potrafi w każdą wpić przekonanie, że mówi największą prawdę w świecie. – Trzeba, by i przyszli przełożeni zachowali to, czego przestrzega obecny, którego nam Pan dał, a od którego wiele wzięłam z tego, co tu napisałam. Przede wszystkim zaś w tym, by dla żadnej siostry nie miał większej przyjaźni, jak dla wszystkich razem i żeby z nią nie rozmawiał osobno, nie pisywał do niej listów, lecz żeby wszystkim siostrom okazywał miłość jak prawdziwy ojciec. Bo z chwilą zauważenia takiej przyjaźni w jakimś klasztorze, choćby to była przyjaźń tak święta, jaka była między św. Hieronimem i św. Paulą, nie obejdzie się bez szemrania na niego, jak i na tamtych świętych szemrano. I zaszkodzi przez to nie tylko temu klasztorowi, ale i wszystkim, do których diabeł wieść tę zaniesie, by coś zyskać dla siebie. (...) Z powodu takiej przyjaźni wyłącznej przełożony traci na swej wartości w oczach podwładnych, osłabia się ogólna miłość, jaką go wszystkie będą kochały, jeśli się okaże takim, jakim być powinien i, jak to widać obecnie, gdy każda siostra sądzi, że on ją szczególnie miłuje...”. – „Tym więcej – dodaje o. Rafał – siostry pomiędzy sobą powinny unikać takich szczególnych przyjaźni”.
Te przepisy, wyjęte dosłownie z instrukcji św. Teresy Sposób wizytowania klasztorów, dają nam najlepsze pojęcie o jego postępowaniu podczas wizytacji kanonicznych, gdyż skoro raz jaką rzecz postanowił, wykonywał ją z cechującą go stałością i wytrwałością.
Wizytacja w roku 1901 odbyła się we wrześniu i odtąd co roku powtarzała się mniej więcej w tym samym czasie, póki siły pozwalały mu na opuszczanie klasztoru.
[Pierwszą swą wizytację rozpoczął aktem pokory: „Posłano mnie do was mimo mej niegodności i wymawiania się. Aby dobrze przeprowadzić tę wizytację, musiałbym mieć ducha naszego Ojca Eliasza, naszej Matki Teresy i naszego Ojca Jana od Krzyża. Ja go nie posiadam, a jeżeli cokolwiek dobrego zostanie dokonane, będzie to dziełem Boga, ja zaś będę się chlubił z moich słabości”. W przekonaniu o. Rafała, cel wizytacji kanonicznej zawiera się w słowach z Ojcze nasz: „Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi”. Zostawił je swoim dzieciom duchowym jako dewizę. Jesteśmy w Karmelu dla złożenia Bogu w ofierze wszystkich dóbr tego świata i dla ściągnięcia przez tę ofiarę dla siebie i dla dusz łask potrzebnych dla osiągnięcia szczęścia wiecznego. Najlepszą cząstkę tej ofiary, która też najbardziej podoba się Bogu, jest nasza wola, którą Mu oddajemy przez ślub posłuszeństwa. Posłuszeństwo jest śmiercią własnej woli; ale to nie wystarczy. Ona musi być złożona do grobu. Trup, dopóki nie zostanie złożony w grobie, jest widoczny. Kiedy się jednak zasunie na niego kamień grobowy, znika na zawsze; podobnie powinno stać się z naszą wolą. Nasze posłuszeństwo wtedy jest doskonałe, gdy nasza wola znika całkowicie, a zasadą naszego działania staje się wola Boża. Kiedy więc nasze posłuszeństwo jest doskonałe? Rozpoznajemy to w zwierciadle, które przed naszymi oczami stawia wizytacja kanoniczna. Zwierciadłem tym są nasze święte prawa. Jeżeli nie przestrzegamy ich doskonale, wizytator nam to wytknie, a my powinniśmy jego uwagę przyjąć jakby pochodziła z ust samego Boga – z szacunkiem i radością.
Doskonałe posłuszeństwo rodzi wielkie dobra! Jest ono podobne do skrzydeł gołębicy. One pozwalają nam opuścić miejsce tego wygnania i unieść się do naszej ojczyzny w niebie. Przeciwnie, nawet najmniejsze przekroczenie prawa jest przyczyną wielorakiego zła, jest przyczyną smutku, niepokoju i oschłości – nawet przy przyjmowaniu Komunii świętej. Św. Gertruda przez jedenaście dni pozostawała w oschłości, ponieważ bez potrzeby spojrzała na jedną z sióstr. Bóg nie przebacza niczego duszy sobie konsekrowanej. Kary, które zsyła, są dowodem Jego miłości. On pragnie jej serca, pragnie go całego, ponieważ stopień jej miłości i jej samozaparcia się tu na ziemi będzie miarą jej szczęścia w niebie.]
O. Alfons od Jezusa i Maryi w przedmowie do wspomnianej wyżej broszurki przypomina przełożonym i wizytatorom słowa Chrystusa, zapisane w Ewangelii św. Jana: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają... Życie moje oddaję za owce”. – Podobnie czynił o. Rafał, co potwierdzają naoczni świadkowie i jego listy. Matka przeorysza z Wesołej pisze, że podczas wizyt pracował bez wytchnienia, nie zwracając uwagi na swoje wątłe zdrowie. Jedna z sióstr z Przemyśla napisała: O. Rafał „(...) był zawsze gotów dobrze nam czynić. Zwłaszcza w czasie wizyt kanonicznych z jaką cierpliwością słuchał i pouczał! [Miałyśmy zwyczaj prosić go podczas wizytacji o sposób dobrego spełniania naszych codziennych obowiązków. Raz postawiłam mu pytanie dotyczące drobiazgów, ażeby wiedzieć, czy dobrze postępuję, czy też mam się poprawić;] pytam Ojca, czy go to nie męczy, a Ojciec na to: «ja sobie odpocznę »”.
Ta sama siostra pisze jeszcze: [„A jaka powaga zakonna w jego zachowaniu się! Raz, gdy nasz święty był w Przemyślu, byłam obecna przy otwarciu bramy klauzury. Właśnie wchodził Ojciec: na głowie miał kaptur, oczy spuszczone i zdawał się nie widzieć niczego, co się wokół niego działo. Pan nasz pozwolił, że byłam tam właśnie i nie zapomnę tego budującego przykładu.] Dusza jego była jakby zatopiona w rzeczach Bożych. Potrzebował mówić o Bogu, pouczać Jego świętej służby, był jakby kontent, że mając do czynienia z małą duszyczką, nie potrzebował zajmować się sprawami ziemskimi; w czasie wizyt i to ma miejsce, gdy tego potrzeba. Oby nam Pan Jezus dał do naszych [klasztorów więcej dusz równie świętych, jak nasz Ojciec!”. ] Gorliwość jego dzieci duchowych, była jego szczęściem. Po wizytacji w 1901 roku napisał do Przemyśla, aby uspokoić siostry co do swego zdrowia, którym były zaniepokojone: „Pozostaje mi tylko dać znak życia, podziękować za owoce, które wizytacja wywołała w mojej własnej duszy i pozostać zawsze jak najbardziej zobowiązanym Waszym Wielebnościom”.
Gdy pod koniec wizytacji zgromadził siostry, aby im przekazać swoje uwagi i napomnienia, jego pokora, miłość i delikatność wprawiały go w zakłopotanie. „W roku 1901, pisze ta sama siostra, odprawiał sam wizytę i gdy mi na kapitule zrobił małą uwagę, tak był pokornym, że ze dwa razy powtórzył: ale ja nie wiem, czy tak było, bo między wami nie jestem, aż musiałam powiedzieć: Ale tak, Ojcze!, bo nie mogłam patrzeć na jego zakłopotanie z powodu takiej drobnostki dla mnie”.
[Pod koniec wizytacji o. Rafał zwracał się do swoich dzieci słowami Zbawiciela, skierowanymi do św. Piotra: „...czy miłujesz Mnie?”. I prosił je, aby sobie wyobraziły, że Boski Mistrz pyta każdą z nich po imieniu i czyni to wielokrotnie, podobnie jak uczynił to wobec św. Piotra: „...czy miłujesz Mnie?”, „czy ty Mnie miłujesz?”. Miłość daje siłę do pełnienia woli Bożej w każdej sytuacji, unikania wszystkiego, co Mu się może nie podobać, do pracy i do cierpienia dla Jego chwały. Św. Teresa od Jezusa chciała żyć, aby cierpieć; św. Magdalena de Pazzi nie chciała umierać, aby móc cierpieć. Miłość jest mocna jak śmierć. I tak, jak nic nie może oprzeć się śmierci, tak miłość daje siłę, aby odnieść zwycięstwo nad każdą próbą. Wtedy nie czuje się cierpienia, a jeśli się go odczuwa, to się je kocha. Z tego żaru miłości Bożej rodzi się płomień miłości bliźniego. Kto kocha Boga z całego serca, pragnie, aby On był kochany przez wszystkich ludzi i to pragnienie przenika całe jego życie.
Któż jednak jest w stanie osiągnąć taki stopień doskonałej miłości, który uwolni naszą duszę od przywiązania do jakichkolwiek dóbr doczesnych i całkowicie zjednoczy naszą wolę z wolą Bożą? Kiedy Boski Zbawiciel na nowo zażąda od nas naszego serca, prośmy Go, aby sam je zabrał; tylko On może je oczyścić, rozpalić w nim ogień świętej miłości i żarliwych pragnień zrezygnowania ze wszystkiego, by chcieć tylko Jego świętej woli.
Aby nam pomóc do tego oderwania się od wszystkiego i poprawić się, Boża Opatrzność dostarcza nam licznych środków; jednych z nich jest wizytacja. Niech więc każda z najdroższych sióstr zechce wyobrazić sobie, jak to już powiedziałem, że Chrystus Pan po imieniu zwraca się do niej z pytaniem: „Czy ty Mnie miłujesz?”. Czy postanawiasz wyniszczyć w sercu swym wszystko, co sprzeciwia się mojej miłości? Może nie otrzymałaś wielu napomnień w czasie tej wizytacji, ale dostrzegasz w sobie przywiązania niewidoczne: czy postanawiasz je wyniszczyć, aby mi twoje serce oddać w zupełności i na zawsze? Dowodem tego oddania będzie, jeżeli każda z was na swoim stanowisku powierzonym jej w klasztorze będzie przestrzegać ściśle prawa zakonnego jako prawa wyrytego w księdze woli Bożej; kiedy będzie kochała swoje siostry, będzie dla nich miłosierna, dając im dobry przykład, mając na uwadze własne słabości i starając się z nich poprawić; kiedy zapomni o świecie i o rzeczach tego świata, tyle tylko będzie o nich wiedzieć, ile to jest konieczne; kiedy będzie apostołem pokuty i modlitwy, ofiarą ze siebie na ołtarzu ofiarnym życia zakonnego, aby przebłagać Boże miłosierdzie i uzyskać nawrócenie grzeszników; kiedy na koniec swe męczeństwo codzienne zakonnego życia, jak je słusznie nazwała św. Matka Teresa, będzie niosła sercem mężnym i wytrwałym. Nasze życie rzeczywiście wymaga trudu i zaparcia się, ale Bóg przychodzi z pomocą tym, którzy o nią proszą z ufnością i pokorą, a kiedy walka się skończy, On sam będzie ich nagrodą.]
Czasem przysyłał upomnienia po wizytacji: „Przewielebna Matko! Skoro zajęcia mi na to pozwalają, pracuję nad spisaniem kilku ważnych spostrzeżeń w sprawach, o których mówiliśmy podczas ostatniej wizytacji. Czynię to, aby przypomnieć o drobnych szczegółach, jakie zawierają nasze święte prawa, a o których tak łatwo można zapomnieć”. Chodziło o klasztor na Wesołej, jedyny, jaki pozostał z dawnej prowincji polskiej. Od czasu skasowania domów zakonnych pod zaborem rosyjskim był on pozbawiony dobrodziejstwa wizytacji kanonicznych i niektóre praktyki poszły w zapomnienie. O. Rafał zauważył to i postanowił przywrócić temu klasztorowi pierwotną gorliwość. Poświęcił mu więcej trudu i czasu niż innym i do końca życia okazywał siostrom tego zgromadzenia szczere poświęcenie, nie licząc się ze zmęczeniem. „Kieruję ten list do was jako dowód mojego szczerego przywiązania do waszego zgromadzenia i równocześnie pragnę służyć pomocą Waszej Wielebności i każdej siostrze z osobna w postępowaniu drogą waszego świętego powołania, która jest drogą do nieba. Już wam to powiedziałem i jeszcze raz powtarzam: Bóg powierzył wam ważne zadanie przywrócenia obserwy zakonnej i przestrzegania jej w tym klasztorze, w którym złożyłyście uroczyste śluby i stąd jesteście zobowiązane do zupełnego oderwania się od świata. Niech ta prawda głęboko zapadnie w waszej w pamięci, abyście mogły ją starannie przemyśleć i sumiennie dostosować do niej wasze postępowanie. Podobało się Bożej Opatrzności, w Jej niewypowiedzianej dobroci wobec was, powołać was do życia w tym domu, w największym oddaleniu od świata, pod opieką Najświętszej Dziewicy i w serdecznym złączeniu z Boskim Mistrzem. Ta myśl i pamięć o naszych błędach niech napełni żalem nasze serca, a Najświętsza Dziewica, pośredniczka łask, będzie nas błogosławić z wysokości niebios”.
W dalszym ciągu listu wylicza niewłaściwe praktyki, których muszą zaniechać; w pierwszym rzędzie położył nacisk na konieczność całkowitego oderwania karmelitanki od świata. Matka przeorysza może rozmawiać z osobami świeckimi, gdy ją do tego zmuszają okoliczności, lecz pozostałe zakonnice nie powinny brać udziału w tych rozmowach. W klasztorze na Wesołej wprowadzono zwyczaj ściągania przed podniesieniem zasłony z kraty wychodzącej na kościół, dzięki czemu zakonnice mogły widzieć Najświętszy Sakrament i wiernych, znajdujących się w kaplicy. „Tego zwyczaju – pisze ojciec – nie ma w innych klasztorach, proszę więc o zrezygnowanie z niego i niech drogie siostry będą pewne, że Boski nasz Zbawiciel daleko jaśniej ukaże się oczom ich duszy i zechce w niej zamieszkać”. W tym co dotyczy rozmównicy i furty, wymagał, aby wszystkie przepisy były surowo przestrzegane. – „Czytałem rozporządzenia z wizytacji w XVII wieku, tyczące się tych właśnie kwestii. Jakże odmienne od dzisiejszych były zwyczaje w tamtych czasach”. Ojcowie z Czernej często musieli jeździć do Krakowa [chodzi o przełom XIX i XX wieku] i wtedy, nie mając swego klasztoru w tym mieście, szli czasem odpocząć do gospody klasztornej na Wesołej, lecz wiedziała o tym tylko matka przeorysza. „Niech Matka zechce przygotować dzisiaj skromny obiad dla dwóch naszych ojców, lecz nie mają oni pozwolenia o. prowincjała na rozmowę w rozmównicy”. W tym czasie zwyczajnym spowiednikiem na Wesołej był dominikanin. „W dzień imienin w innych klasztorach (...) i u Was także coś się ofiarowuje pamiątkowego. Na wszystko błagam Pwbną Matkę, nie zadowalniać się jakąś pamiątką, nie mającą żadnej dodatniej wartości, a tylko na oko służącej. Zamiast podobnych błahostek, albo dać ofiarę pieniężną na potrzeby kościoła, lub jaką rzecz pożyteczną nabyć: brewiarz lub mszał dominikański, jeżeli nie potrzebują niczego do zakrystii.
Zaprowadziłyście zwyczaj witania w tym dniu spowiednika przez całe Zgromadzenie, co nigdzie nie jest przyjęte. Według mego zdania, wystarczy, gdy Pw. Matka z Pw. M. Jadwigą i m. Teresą powitacie go w imieniu Zgromadzenia. Gdybyście uważały, że to może razić o. Metodego [Kapturkiewicza] (...), wówczas ani nowicjuszka, ani postulantka nie mają się stawić ani z Wami, ani osobno”. Zawsze „(...) łączyć powagę zakonną z obowiązkami towarzyskości, gdy te ostatnie się przytrafiają”.
„Podobnie w razie przyjazdu do Was Jego Eminencji lub innego Nd. Ks. Biskupa; gdy przyjeżdża dla interesu wyłącznego, dla rozmówienia się z Pwbną Matką, wówczas nie ma potrzeby przychodzić całemu Zgromadzeniu, chyba że sam okaże to życzenie lub Matka sama o to zapyta. Gdyby zaś miał Mszę św. Jego Eminencja, wówczas już całe Zgromadzenie przyjść może, jest to bowiem akt – ze strony Jego Eminencji – nawiedzić Zgromadzenie”.
Żaden zakonnik (nawet jezuita) nie może wejść bez socjusza do klasztoru o ścisłej klauzurze w celu wyspowiadania chorej zakonnicy. Mogą to czynić księża świeccy, jak też duchowni należący do stowarzyszeń i zgromadzeń zakonnych, np. lazaryści. Kilka osób z rodziny Marchockich, chcąc pomodlić się przy nieskazitelnym ciele swej świętej krewnej, Matki Teresy od Jezusa, prosiły biskupa krakowskiego o pozwolenie wejścia za klauzurę. Pozwolenie otrzymały, wszakże pod warunkiem, że zgodzą się również przełożony i m. przeorysza. – Przełożonym był nasz ojciec Rafał; napisał on do m. przeoryszy długi list, arcydzieło roztropności i subtelności, który mogły przeczytać osoby zainteresowane. Ojciec odmówił swego pozwolenia, ponieważ był Wielki Post: „(...) Stolica Święta – pisze – gdy w podobnym wypadku pozwolenie udzielała, stanowiła jednocześnie warunek: za wyjątkiem Adwentu i czasu Wielkiego Postu”.
Zakonnicy, która po raz pierwszy została obrana przeoryszą i radziła się go we wszystkich wątpliwościach, ojciec odpisał: „Bardzo dobrze się stało, że Pwbna Matka nie spieszy z obsadzaniem stanowisk; pożyteczniej rzeczy i usposobienia sióstr zbadać i następnie coś stanowczo orzec”. Przy obieraniu mistrzyni nowicjuszek powinno się mniej zważać na zalety umysłu, a więcej na doświadczenie w życiu zakonnym. Proponuje poprzednią przeoryszę, lecz dodaje zarazem z roztropnością i skromnością: „W tym przypadku decyzja zależy od Waszej Wielebności, ponieważ ma łaskę stanu”. Nie powierza się młodym profeskom urzędów, przy pełnieniu których trudno byłoby im zachować milczenie i samotność. Przełożona może pozwolić na nadobowiązkowe pokuty; jeżeli przynoszą one duszy pożytek, można je dalej praktykować, lecz jeżeli szkodzą zdrowiu, trzeba je zaniechać. W razie choroby lub słabego zdrowia, wolno odstąpić od reguły; trzeba nawet dbać o zdrowie zakonnic, ażeby mogły brać udział w ćwiczeniach zgromadzenia, a szczególniej w rekreacji. Pożywienie powinno być dobre i zdrowe. Kapitułę należy zwoływać co tydzień, lecz gdyby Matka miała trudności z nauką, która ma ją poprzedzić, można przeczytać lub polecić jednej z sióstr przeczytanie tekstu na temat wady, którą należałoby wyrugować ze zgromadzenia, albo o cnocie, którą trzeba praktykować. Wybierając naukę, nie wolno mieć na uwadze jednej konkretnej siostry; taką trzeba upominać podczas oskarżenia z miłością, a gdy zajdzie taka potrzeba, to i ze stanowczością. Co do remontów, jakich klasztor będzie potrzebował, lepiej się z nimi nie śpieszyć i brać pod uwagę stan kasy. Co się tyczy młodej postulantki, należy postarać się o dobre informacje o niej u osób, które ją znają. Jeżeli zgromadzenie przyjmie postulantkę, nie powinna ona spędzać czasu próby poza klauzurą; to nigdzie nie jest praktykowane. Wprowadza się ja zaraz do klasztoru. Jeżeli postulantka, którą Matka już przyjęła, nie nadaje się do życia w naszym klasztorze, trzeba ją odesłać do rodziny; życie w klasztorze bez łaski powołania, byłoby dla niej męką.
Kierownictwo karmelitanek (ciąg dalszy)
Roztropność przy przyjmowaniu postulantek. Kierowanie nimi, gdy muszą pozostać jeszcze czas jakiś w świecie. Kierownictwo nowicjuszek, profesek, dusz dręczonych smutkiem i pokusami.
O. Rafał chciał, aby z największą starannością badano postulantki. W jego listach do przeorysz spotykamy wyrażenia: „Proszę je badać bardzo starannie”; „Jak zwykle, proszę, by ją Matka wybadała z wielką starannością”. Wymagał przede wszystkim życiorysu i określenia wieku postulantki, informacji o tym, gdzie spędziła życie od najmłodszych lat i w jaki sposób. Potrzebnych informacji przede wszystkim powinni udzielić proboszcz i spowiednik; lecz ich świadectwo nie było jeszcze dowodem, że ma powołanie. Jeśli to było potrzebne, sam zasięgał informacji i w jednym z listów czytamy: „Proszę być ostrożną, matka waszej postulantki umarła na chorobę piersiową, a jej wuj, brat matki, jest w domu dla obłąkanych”. Dobry ojciec czuwał nad klasztorami karmelitanek jak nad źrenicą swego oka i oddalał od nich bez litości każdą postulantkę, mogącą zakłócić spokój i szczęście jego dzieci, a przede wszystkim te, które miały usposobienie melancholiczne, były anemiczne i niestałe. „Dla takich życie w Karmelu nie jest odpowiednie”, pisał. O innej postulantce, polecanej przez jednego z prałatów, mówi: „Mimo wszystkich zalet, jakie w niej widzę, boję się, że jest słaba z natury i łatwo ulega zmęczeniu. Jestem raczej przeciw niej niż za nią; niech Matka decyduje”. Osoby spoza zakonu, choćby były bardzo uczone i świątobliwe, chcąc decydować o powołaniu do Karmelu, mogą łatwo się mylić, gdyż obcy im jest nasz sposób życia.
O. Rafał radził przeoryszom prosić te osoby o potrzebne i pożyteczne informacje, których mogły udzielić, lecz ostatnia decyzja nie należała do nich. Często czytamy w jego listach, pisanych w tej sprawie: „Matka przeorysza decyduje”. Nawet decyzja zgromadzenia nie była jeszcze dla niego pewnym znakiem boskiego powołania: wymagał aprobaty przełożonego. Zakonnica, o której wspomniano wyżej, iż pierwszy raz została obrana przeoryszą i nie miała jeszcze wiele doświadczenia, doniosła mu raz, że postulantka, która na próżno zgłaszała się do dwóch klasztorów karmelitanek, przyszła do niej i ze łzami w oczach prosiła o przyjęcie. Miała bardzo dobre świadectwo od ksieni i spowiednika klasztoru benedyktynek, gdzie była dwa miesiące. „Nie wiedząc, jaką powziąć decyzję, pisze matka przeorysza, myślałam, że głosowanie zgromadzenia da nam poznać wolę Bożą. Na dwanaście zakonnic należących do kapituły, dziewięć głosowało na nią, więc została przyjęta”. Ojciec odpisał jej natychmiast: „Pozwalam sobie zwrócić najpokorniej uwagę na ten warunek co do woli Bożej. Dlatego, aby głosowanie mogło być wyrazem Najwyższej woli, powinno się ono też nasamprzód wedle przepisów świętej tej woli [odbyć]. Trzeba ochłonąć od wrażliwości chwilowej; przez pewien czas, prawem przepisany, spokojnie wszystko, co się dotyczy istotnego objawu okoliczności, w których zastawała i zostaje postulantka, co do zajęcia, stanu, przeszłości, wieku, wykształcenia itd. – rozważyć. Dlatego, aby to ostatnie mogło być gruntownie (zważywszy odpowiedzialność przez dawanie głosu nierozważnie) odbyte, na karcie powinny być wypisane możebne szczegóły, dotyczące rzeczy, jak wyżej, i karta ta musi być przez każdą kapitulantkę przeczytana. Po odbyciu wotacji, na osobnym arkusiku to co było podane do głosowania, ze szczegółami, z wykazem listy głosów za i przeciw, z podpisem P.M. Przełożonej i W.M. Podprzeoryszy do poświadczenia odesłane. Nie będąc obecnym u was, nie mam prawa wyrokować, czy to wszystko zgodnie z wolą Bożą się odbyło, czy też nie. Z pozorów jednak sądząc, bardziej rzecz przemawia za ostatnim, to jest – nie”.
Przypomina potem matce przeoryszy, że postulantka ta pukała już do dwóch czy trzech klasztorów i nigdzie jej nie przyjęto, że była dwa miesiące u benedyktynek, które jej również nie przyjęły, że zdrowie jej jest niepewne, przeszłość niedostatecznie znana itd., i dodaje: „Co do płaczu i tęsknoty, to jeszcze nie cecha powołania. Okazywanie czułości takim osobom i pod tym wrażeniem ich przyjmowanie niekoniecznie odpłaci się wdzięcznością; jeżeli najmilsze siostry tego jeszcze same nie doświadczyły, to śmiało zaręczyć mogę – za czułość odpłacają się dokuczliwością. Oby nie na zawsze! Gdy przeto sądu mego zmienić nie mogę (...) Przewielebna Matka najmilszym siostrom kapitulantkom zechce publicznie ten list odczytać (...)”.
Dwa dni potem postulantkę odesłano do domu i Ojciec mógł napisać do matki przeoryszy: „Bóg zapłać bardzo za tak miły list z dnia 9-go bm.; Przewielebna Matka i najmilsze Siostry tak chętnie przyjmują to wszystko, co istotnie w najlepszej myśli do nich pisuję, pragnąc wyłącznie dobra zgromadzenia i każdej z najmilszych Sióstr po osobno”.
O. Rafał postępował w ten sposób również dla dobra samych postulantek. Mówił zawsze, że zakonnica bez powołania znosiłaby w klasztorze prawdziwą męczarnię i pisze jeszcze w tym samym przedmiocie do jednej z przeorysz, co następuje: „(...) jeżeli Wasza Wielebność ma poważne wątpliwości co do jej zdatności do życia zakonnego, proszę jej odmówić i tak przerwać kontakty, aby nie narażać jej na wydatki itd. itd., a potem być zmuszoną ją oddalić, co jest równoznaczne z pogrzebem”. Radził też strzec się osób zarozumiałych, którym się zdaje, że są zdolne do wszystkiego, a właściwie nic nie robią. „Pismo z Wilna zbyt przejęte egzaltacją i nosi oznaki już wzwyczajonych aktów pobożności według ducha własnego; przy tym pewnik przyjęcia i w jednej chwili staje się karmelitanką. Mam obawy, patrząc na takie usposobienie. (...) Pwbna Matka będzie łaskawą ujemną stronę wszystkiego w liście przedstawić, nie zaręczając nawet, czy na samą próbę będzie mogła być przyjętą".
Gdy postulantka sama przychodziła prosić, by ją przyjęto, matka przeorysza i parę innych zakonnic powinny ją wybadać w rozmównicy, a przede wszystkim wypytać się, dlaczego chce zostać karmelitanką. Ojciec Rafał musiał być o wszystkim powiadomiony i jeżeli posiadała wszystkie oznaki prawdziwego powołania, mogła być zaraz przyjętą do nowicjatu. „W ogóle w powołaniu zwłoka niebezpieczna”, pisał Ojciec. Gdy postulantka zgłaszała się piśmiennie i okazywała dobre powołanie, wymagał, żeby jej zaraz odpisano. „Na wszystko upraszam napisać do postulantki z Jutrzenki, biedactwo czeka i wygląda listu. Może jakaś dobra istota! Trzeba sprawę wyjaśnić”. Lubił, gdy postulantki były odważne i zdecydowane i wtedy nalegał na ich przyjęcie.
W początkach roku 1902 zgłosiła się do Karmelu w Przemyślu panienka, wykazująca te dwie zalety. Była jeszcze bardzo młoda, zdrowa i władze duszy miała dobrze rozwinięte; zdanie miała wyrobione, wolę silną i gorącą, chciała zostać karmelitanką i błagała zgromadzenie w Przemyślu o przyjęcie, lecz matka miała co do córki inne widoki i nie chciała jej pozwolić na wstąpienie do klasztoru. Doniesiono o. Rafałowi, że widziano w niej wszystkie oznaki prawdziwego powołania i zapytywano się, czy można ją przyjąć. Odpowiedź była przecząca, ponieważ postulantka nie była jeszcze pełnoletnia. „Trzeba więc podporządkować się, dodaje Ojciec, i błagać N.Ś.O. Józefa, żeby otworzył oczy matce, aby wszystko mogło dojść do pożądanego końca”. Ta decyzja nie zniechęciła Dionizji (tak było na imię postulantce) i siedem miesięcy później o. Rafał znów pisał: „Biedne dziecko, niech Bóg da jej łaskę wytrwania, po trudach walki spokojnie odpocznie w cieniu Karmelu”. Na początku lutego 1903 roku Dionizja ponowiła swą prośbę, jeszcze usilniej prosząc zgromadzenie o przyjęcie. Z powodu swego powołania była prześladowana i dusza jej była wystawiona na niebezpieczeństwo. Siostry ponownie pisały do Ojca, który 9 lutego dał taką odpowiedź: „Przed wzięciem się do odpowiedzi na ostatnie listy z Waszego domku, musiałem pójść do Pana Jezusa, prosząc o światło. – Tom usłyszał: Niech panna Dionizja idzie za przykładem bł. M. Teresy a Jesu Marchockiej. Musiała ta błogosławiona Matka nieść krzyż ucisków w ognisku domowym, zasłużyła przez to, aby Bóg ten krzyż zamienił na dźwiganie krzyża w Zakonie. Powinna panna Dionizja wprawiać się statecznie i prawidłowo do rozmyślania, rano i wieczór; prosić o łaskę męstwa; nie jest zresztą tak małym dzieckiem, aby nie miała prawa wykazać swą wolę przed matką w tych rzeczach i stosunkach towarzyskich, w których mogłaby spostrzegać wyraźną szkodę dla swej duszy. Konieczne przy ty kierownictwo duchowne, nie dorywczo, ale w dłuższym ciągu przez jednego spowiednika. (...) Tyle co do mego poglądu. Macie jednak prawo tę rzecz rozstrzygnąć przez głosowanie na kapitule i przedstawić przebieg rzeczy w streszczeniu N.O. Prowincjałowi, z tym zastrzeżeniem, że ja na siebie rozstrzygnięcia sprawy przyjąć nie mogłem. Biedne dziecko! Ale niech nie traci serca i nabiera otuchy. Im da więcej dowodu stałości w dzisiejszych próbach, tym bardziej stałą okaże się jako s. Małgorzata Maria od Przenajśw. Sakramentu w zakonie”.
Ojca prowincjała nie pytano o radę albo też był on tego samego zdania co o. Rafał, gdyż w rok później ten ostatni odpowiedział na nowe nalegania mistrzyni nowicjatu: „Wczora wieczór wręczono mi list z dnia 10-go bm. Wiele w nim rzeczy starannie ułożonych do doprowadzenia do przekonania o konieczności udzielenia pozwolenia wstąpienia pannie Dionizji. Trzeba jednak rzeczy objąć w szerszym kole; podając wzór bł. M. Teresy a Jesu Marchockiej, miałem na myśli nie tylko samą osobę pragnącą wstąpienia, lecz nadto i zachowanie się przełożonych, którzy jej nie otworzyli wrót klauzury do czasu, póki nie nastąpiło pozwolenie rodziców, i ten sposób zachowywania się i dotąd był w życiu. – Udzielając pozwolenia łatwo ciężko obciążyć sumienie. Nie zważając na wszelkie przymioty panienki, o ostatecznie stwierdzonym powołaniu niepodobna jeszcze wnioskować. – W razie zatem powołania chybionego – co za następstwa! Nie wchodzę w szczegóły, nie mając dokładnego pojęcia o usposobieniu matki postulantki, największa była bieda, że kazała kartofle skrobać.
Wprawdzie twierdzą, że matka wówczas, gdy wstrzymuje dziecko od przyjęcia sukni zakonnej przez wzgardę dla zakonu lub z innych wyłącznie osobistych zamysłów, że grzeszy wówczas śmiertelnie i wpada w ekskomunikę; jeżeliby kto się znalazł i ostrzegał matkę, zachęcając do ustępstwa woli dziecka, rzecz byłaby bardzo pożądana. Nam jednak w to się nie wolno wdawać. – Przejdźmy teraz do osoby samej postulantki. Przed napisaniem ostatniego listu szukałem światła przed Panem Jezusem w Nś. Sakr[amen]cie. Dzisiaj, nie bez małego utrudzenia, wyszukiwałem, co na to wszystko Kościół św. mówi. Otóż tak brzmi w prawie kanonicznym: Pomijam potrzebę: l. pokornej i gorącej modlitwy, 2. starannego i ścisłego zbadania źródeł, skąd popęd do zakonu, a mianowicie do tego, który się obiera: zatrzymuję się tylko na ostatnim warunku 3. szukania rady: I) Nasamprzód u swego spowiednika zwyczajnego, który postanowiony od Boga jako kierownik sumienia, aby penitentkę prowadził drogą cnót wszelkich i wskazał drogę, przez którą Bóg zamierzył, aby była prowadzoną do osiągnięcia zbawienia. II) Zwyczajnie mają obowiązek dzieci szukać porady u rodziców, aby ci zbadali rzecz i udzielić mogli swej rady. – Mają jednak dzieci iść za udzieloną radą tylko wówczas, gdy upatrują ją zgodną z wolą Bożą. Gdy zaś mowa o powołaniu zakonnym, w razie wyraźnie przeciwnej temu woli rodzicielskiej, nie mają obowiązku szukać ich rady. Co do tego ostatniego punktu: szukać nie mają obowiązku, lecz zważywszy prawo cywilne, jako małoletni, nie mają prawa rozporządzalności swą osobą, i tu właśnie jedna z zewnętrznych trudności. (...) Nie mam innego światła do rozstrzygnięcia rzeczy, nie mogę przeto wbrew temu światłu postąpić.”
Dionizja z rezygnacją przyjęła krzyż, który Bóg jej zesłał i mimo młodego wieku, niosła go odważnie. Siedem miesięcy później o. Rafał pisał, że nie spodziewał się u niej tak wielkiej cnoty. „Potrzebuje przede wszystkim teraz przewodnictwa duchownego i od tego bodaj wszystko zależeć będzie. Jeżeli przewodnika dobrego znajdzie – pewna wygrana! Jedna tylko bojaźń, że zakonnicy Kreuzherren [krzyżacy] są jedynymi księżmi na miejscu, mają dom główny w Pradze, i czy zechcą zająć się kierownictwem tego dziecka. Lecz na razie o to mniejsza. W listach do D[ionizji] napomykać wypada o uporządkowaniu dnia, o ile to od niej zależy. Powinna wyznaczyć sobie choć pół godziny rano i wieczór na rozmyślanie, dla skupienia ducha i zwrócenia do Boga, przez co będzie miała łatwiejsze z Bogiem obcowanie w ciągu dnia. Radziłbym najlepiej Ćwiczenia ś-go Ignacego; najłatwiej pochwyci prawdy tam wykładane, gdyż ma rozum prędki i logiczny, bardziej do objęcia praktyki życia, acz wewnętrznego, niż do czystej kontemplacji skłonny; przynajmniej dzisiaj jeszcze. Kiedy jednak ustali podstawę mocną w duszy przez ćwiczenie, jak wyżej, łatwiej wejdzie na drogę modlitwy myślnej, szczególniej w rozmyślaniu o życiu i męce Zbawiciela. – W tej rzeczy właśnie najbardziej działać może kierownik duchowny.
Niech więc Pwbna Matka sama w tym celu podaje wskazówki, nie napomykając o klasztorze itd., ale wyłącznie o życiu duchownym z Bogiem, o ucieczce częstej do Boga, o nabożeństwie do Matki Najświętszej. Potrzebne myśli podniesienia od samego rana; rachunek sumienia i akty skruchy i postanowień poprawy – wieczór, itd. oraz ścisłe zachowanie porządku dnia, co niezmiernie ułatwia skupienie ducha. – Drobne umartwienia w wygódkach acz błahych i dziecinnych. – Bardzo by się przydał ku temu mały praktyczny podręcznik. – Jeżeli D[ionizja] wytrwa, przy swym rozgarniętym umyśle i swobodnym, może być znakomitą karmelitanką, jeżeli zdrowie służyć będzie. Wprawdzie kosztować będzie trochę zaparcie się siebie i życie wspólne! Do tego właśnie przygotować się może przez wprawianie się w rodzaj życia przeważnie z Bogiem i przez staranie umierać sobie, mając w pragnieniu wyłączną miłość ku Niemu, aby Nim jedynie się zadowalniać. – Wszak właściwie w tym – zagadka życia w zakonie”.
Te dobre rady przyszły w samą porę, gdyż Dionizja, atakowana ze wszystkich stron, zwracała w swym nieszczęściu oczy na Karmel i prosiła o pomoc. Matka wymagała od niej rzeczy niezgadzających się z jej powołaniem. „Wydaje mi się, że pozostaje jej tylko bez zastrzeżeń odmówić listownie i wracając do domu zachować godność i siłę ducha, jak to święci męczennicy umieli czynić, a także niejedna z matek naszego zakonu w dawnych czasach, np. wielebna Matka Marchocka. Jeżeli powołanie jest prawdziwe i stałe, Dionizja się nie potknie, a dobry Bóg ją obroni, i szatan, nieprzyjaciel dusz, które chcą się poświęcić Bogu, wycofa się. Bardzo szkoda matki; ona sobie nie zdaje sprawy z tego, co robi i jak bardzo czyni się odpowiedzialną przed Bogiem. (...) Jeżeli matka w swym liście daje córce wolność wyboru, ona ma prawo odrzucić to, co podsuwa szatan i wybrać stan, do którego zmierza od tylu lat i w którym pragnie się poświęcić samemu Bogu”.
Trzy tygodnie później o. Rafał pisze znów: „Wczoraj oddano nam ostatnie listy. Dionizja wykazuje dużo zdrowego rozsądku i doskonałe usposobienie; trzeba wiele się modlić, żeby się ona mocno trzymała w walce i nie tracić kontaktu. Jeżeli pójdzie za łaską i będzie mogła, dzięki pomocy łaski dobrego Boga, stać się zakonnicą, będzie to ku większej chwale Bożej. Martwi mię tylko ta komedia, którą często musi ona odgrywać wobec swych bliskich, by utrzymywać w tajemnicy swoje stosunki z Karmelem. (...) Dziękuję Bogu, że te kilka słów, które napisałem do Dionizji, były dobrze zrozumiane; obawiałem się, że ona nie uchwyci prawdziwego ich znaczenia, ale ona wszystko dobrze zrozumiała, a Bóg pomaga jej zgodnie z tym postępować”.
Walka trwała jeszcze kilka lat, a że była bardzo przykra, biedna Dionizja była czasem zrozpaczona. Nasza św. Teresa z Hiszpanii znała takie umniejszanie się gorliwości; nasza Matka Teresa z Polski znała je także i o. Rafał starał się rozproszyć niepokój karmelitanek. ”(...) jeżeli, nie zważając na to, utrzyma się przy powołaniu, to ostatnie będzie miało cechę pewności większej. Modlić się trzeba, aby Bóg matkę opamiętał. Sama Dionizja znajduje się jak gdyby w sidłach szatana, zewsząd osaczona. Powinna się spowiadać i szukać wskazówek u spowiednika. Zachowanie się przewielebnej Matki zależne od zachowania się samej Dionizji. Ostrzegać jednak można, nie nastając na to, aby chciano ją jakby złowić do Karmelu. Wszystko zależy na prawdziwym zrozumieniu powołania: poświęcenie się wyłącznie Bogu”.
Nadeszła wreszcie chwila wyzwolenia i m. przeorysza z radością nam o tym doniosła: „Nasza postulantka Dionizja, doszedłszy do pełnoletności, powiedziała swej matce, że trwa w zamiarze wstąpienia do Karmelu. Matka przyjęła tę wiadomość spokojnie, lecz parę dni później zaczęła się znów gniewać, co widząc, Dionizja uciekła, zostawiając w domu karteczkę, na której napisała te kilka słów: «Sam Bóg mnie woła: idę do Karmelu. Dziękuję kochanej mamie za wszystko, co zrobiła dla mnie»”.
Co się tyczy nowicjatu, znaleźliśmy w listach o. Rafała kilka razy wyrażenie: „Nowicjat powinien być ziemią świętą”. Nie chciał widzieć w nowicjuszkach żadnego przywiązania do fałszywych dóbr tego świata, do wygód życia, a przede wszystkim do swego zdania i do własnej woli. Chciał, by nowicjuszki były ściśle złączone z boskim Mistrzem, uświęcone i umocnione przez Niego i jak On poświęcające się na ofiarę boskiej Sprawiedliwości za zbawienie świata. Pokazywał im życie zakonne jako arenę, na której nowicjuszka walczy pod okiem Boga, Matki Najśw. i świętych dla zdobycia korony męczeńskiej; polecał im, by prosiły Boga o siłę i odwagę potrzebne do wytrwania w walce aż do końca. Jeżeli która z nowicjuszek wydawała mu się słaba albo trwożliwa, wahał się z dopuszczeniem jej do profesji; lecz jeżeli widział w niej wolę silną, jego serce przepełnione było radością i nadzieją, choćby i zdrowie jej trochę szwankowało. Oto co odpowiedział jednej przeoryszy, która miała obawy co do jednej nowicjuszki pod tym właśnie względem: „Spes in Deo. Podobało się Bogu urabiać tę panienkę od samych początków jej życia zakonnego w szkole doświadczenia. Jest to jedną z największych łask, jakie Bóg mógł jej zesłać i powinna z niej korzystać. Przede wszystkim powinna ćwiczyć się w nieustannej rozmowie z Bogiem, to pomoże jej najwięcej do zdania się na Jego świętą wolę, do odzyskania spokoju i do opanowania siebie. Jest to cnota najtrudniejsza do zdobycia. Powtarzam jeszcze raz, musi ona przezwyciężyć to, co sprawia jej trudność, musi chodzić na jutrznię itd. Jeżeli zemdleje, to ją podniosą. Odwagą zwycięża się wszystko, lecz trwożliwy może łatwo przegrać”.
Gdy po ukończonej próbie nowicjuszka miała składać śluby, o. Rafał przygotowywał ją bardzo starannie do tego uroczystego aktu. Chciał, by dobrze zrozumiała wszystkie zobowiązania życia klasztornego i ważność aktu, jaki miała spełnić. Zakończeniem całej pracy w nowicjacie były rekolekcje i trzeba było na te rekolekcje dać nowicjuszce książkę, napisaną dla osób zakonnych i, o ile możliwe, dla zakonnic żyjących w klauzurze. W maju 1902 roku, gdy jedna z nowicjuszek miała składać profesję, o. Rafał przejrzał całą książkę, z której miała korzystać w czasie odprawienia rekolekcji i pochwalił ją, ponieważ była doskonale dostosowaną do zamkniętego życia w Karmelu. Ażeby nowicjuszce oszczędzić zmęczenia, zaznaczył ołówkiem ustępy, które będzie mogła pominąć i zwrócił jej uwagę na ćwiczenia dziesiątego dnia, gdzie jest mowa o nabożeństwie do Matki Boskiej, Królowej Karmelu. Do młodej profeski pisał, co następuje: „Każde przedsięwzięcie opierać się powinno na podwójnej podstawie: nienawiści ku sobie samemu i miłości ku Bogu. Wasze zadanie w Karmelu jest wzniosłe i trudne: macie być pośredniczkami pomiędzy Bogiem a ludźmi, lecz aby to pośrednictwo było skuteczne, jakżeż powinniśmy nienawidzić samych siebie i odrywać się od wszystkiego, co nie jest Bogiem, ażeby dusza nasza, oswobodzona od wszelkiej zawady, mogła swobodnie z Nim przestawać. Niechże widok naszej niegodności będzie zbawienną pobudką, ożywiającą dni naszego wygnania ku pracy nad samym sobą dla przygotowania nas do połączenia się z Bogiem”. Te rady rozwijał w naukach, jakie miewał dla swych dzieci duchowych podczas wizyt kanonicznych. Dwie z nich z pobożną pilnością spisały część tych nauk i przysłały nam swe zapiski. Poznajemy w nich energię, z jaką kierował karmelitankami; podajemy je tutaj:
„Masz być żołnierzem Jezusa Chrystusa, a nie żołnierzem, który szuka swojej przyjemności, lecz żołnierzem wiernym takiego Króla, który w pracy, w utrudzeniu, w cierpieniach przebył swój żywot. Powinniśmy być żołnierzami Chrystusa, tego Króla, który całe swe życie spędził w pracy i cierpieniu. Jesteśmy na ziemi na to, ażeby cierpieć i odnieść palmę męczeństwa. Wszystko jedno, jaki będzie rodzaj męczeństwa, jakie nas czeka, główną rzeczą jest, byśmy je z radością znosili. Nie tylko męczennikami są ci, którzy głowę schylają pod topór jak szesnaście naszych Męczenniczek z Compiègne, jest także męczeństwo życia klasztornego, które polega na przezwyciężaniu się bezustannym, na znoszeniu bez niepokoju i z cierpliwością wszystkich cierpień, jakie Bóg nam zsyła dla wzbogacenia naszej korony. – Powinniśmy sami się umartwiać przy każdej sposobności szczególniej w tym, do czego jesteśmy najwięcej przywiązani. Akt umartwienia, sam ze siebie nic nie znaczący, może mieć przed Bogiem wielką wartość. Zależy to od gwałtu, jaki musimy sobie zadać i od usposobienia, z jakim go wykonujemy. Za każdym razem, gdy nawiedzi nas cierpienie, mówmy Bogu, że jesteśmy szczęśliwi, mając sposobność do okazania Mu naszej miłości, a widok naszej nędzy niech nas nigdy nie pozbawia radości i spokoju duszy. – Miłość i pokuta są drogą do nieba. Trzeba oderwać serce od ziemi i stworzeń, aby chcieć posiadać tylko Boga, pragnąć Go i kochać co dzień coraz silniej. Trzeba kochać pokutę i miłość powinna ożywiać wszystkie nasze modlitwy i wszystkie nasze codzienne czynności. – Umartwienie polega na zaparciu się siebie i nieszukaniu przyjemności w stworzeniach. Stworzeń powinniśmy używać tylko tyle, ile one pomagają nam w dążeniu do Boga.
Trzy śluby, które składamy, zawarte są w ubóstwie ducha. Ubóstwo woli robi nas posłusznymi i skłania nas do czynienia tylko tego, co Bóg chce; przez nie serce nasze odrywa się od wszystkiego, ażeby kochać i pragnąć tylko Boga. Modlitwa wyprasza nam ducha ubóstwa, a umartwienie utrzymuje go. Modlitwa i umartwienie pomagają nam do zachowania ślubów i do wierności powołaniu. – Przede wszystkim potrzebna nam jest pokora. Gdy nas oskarżają i upokarzają, trzeba natychmiast uzbroić się w odwagę i przyjąć upokorzenie chętnym sercem, skąd bądź ono przychodzi. – Zawsze i w każdej okoliczności starajmy się nigdy nie tracić radości i spokoju wewnętrznego. Jeżeli się zdarzy, że popełnimy jaki błąd, prośmy Jezusa, by go nam przebaczył i służmy Mu dalej w spokoju i z ufnością. Gdy nam się wydaje, że Bóg nas opuścił, gdy doświadcza nas oschłością, nudą, pokusami, nie traćmy nigdy pokoju wewnętrznego. Jeszcze kilka lat walki, a potem nastąpi odpoczynek wieczny; wszystko przemija. We wszystkich zdarzeniach powinniśmy widzieć rękę Boga, który nas prowadzi. W chwilach modlitwy i cierpienia pamiętajmy, że poświęciliśmy mu swoje życie. – Naprzód, zawsze naprzód, złączone z Bogiem, w którym możemy wszystko. – Konieczna jest nam pamięć na obecność Bożą; ona nas łączy z Bogiem i umacnia nas przeciwko nieprzyjacielowi naszego zbawienia, lecz aby ją zdobyć, trzeba pracować bez wytchnienia, nie zrażając się ani niepokojąc żadną trudnością. Jezus przychodzi z pomocą duszom mającym dobrą wolę. – Miłość naszą ku Bogu mamy okazywać w czynach; niegodziwością byłoby nic nie robić dla Tego, który tyle uczynił dla nas. Bóg nie wymaga od nas męczeństwa, lecz powinniśmy być gotowi znieść je, gdyby taka była Jego wola. Ażeby zasłużyć na tę łaskę, musimy być przyzwyczajeni nie cofać się przed żadną trudnością i zmysłom naszym nie pozwalać na żadną przyjemność, nawet dozwoloną. – Przy spowiedzi powinniśmy przede wszystkim żałować za to, że nie dość kochamy Boga, gdyż każde przestąpienie Jego prawa jest brakiem miłości ku Niemu. – Po Komunii św. powinniśmy przede wszystkim myśleć o godności i miłości ku nam Tego, którego przyjęliśmy, i o tym, co my dla Niego czynimy. – Gdy odmawiamy przypisane modlitwy, powinniśmy przedstawić sobie, że stoimy przed Bogiem, że wyniesieni jesteśmy do godności aniołów i śpiewamy z nimi Jego chwałę. Powinniśmy przede wszystkim pamiętać o cierpieniach, jakie Jezus Chrystus zniósł dla nas podczas swej męki, choćby nam to sprawiało dużo trudności. To rozmyślanie umacnia nas do walki i gdybyśmy go zaprzestali, dusza nasza bardzo by na tym ucierpiała. – Można mieć dużą zasługę przed Bogiem czyszcząc lampę, jeżeli wykonamy tę pracę z chęcią podobania Mu się. – Pięknym aktem miłości jest znoszenie wad bliźniego. Jeżeli popełni on jaki błąd, możemy sobie powiedzieć: «Gdybym była dobrą zakonnicą, gdybym się była umartwiała i modliła, może to by się nie zdarzyło». Trzeba to sobie powiedzieć z prawdziwą pokorą, nie tracąc pokoju wewnętrznego. Gdy przeciwnie, spełniony będzie jaki dobry uczynek, możemy mówić: «O Boże, nie moja w tym zasługa; z pewnością inna dusza to wyprosiła. Dzięki Ci». – Jeżeli się mówi, że dla zostania świętym trzeba się wyróżniać spośród drugich, to nie znaczy, że mamy robić rzeczy nadzwyczajne, lecz z nadzwyczajną doskonałością. Postępując w ten sposób, można w krótkim czasie dojść do wielkiej świętości. – Starajmy się wykonywać wszystko tak, jak gdybyśmy każdej chwili mieli stanąć przed Sędzią Najwyższym”.
W listach o. Rafał powtarza często te same nauki. Jesteśmy w Karmelu dla chwały Bożej i zbawienia dusz, lecz sami ze siebie nic zrobić nie możemy i dla wielkiego zadania, jakie Bóg nam powierzył, potrzebujemy pomocy Jego łaski. Dla uzyskania tej pomocy powinniśmy pracować bezustannie i używać wszelkich środków, pomagających nam do zjednoczenia się z Jezusem Chrystusem, dawcą i źródłem łask wszelkich. O. Rafał wskazuje nam te środki i poleca nam je w swych listach. Jest to przede wszystkim pokój wewnętrzny i czystość serca, które zyskujemy i utrzymujemy w sobie przez umartwienie własnej woli, własnego sądu i namiętności, przez oderwanie się od wszelkich stworzeń, przez zamiłowanie do samotności, milczenia i pracy.
Chciał, ażeby karmelitanki zawsze były zajęte pracą odpowiednią dla ich sił i zdolności i polecał im to słowem, na piśmie, a szczególnie własnym przykładem. Zresztą nie potrzebował im tego nakazywać: życzenie Ojca było dla nich nakazem, a prace, jakie dały do druku pod jego kierownictwem, świadczą o ich pracowitości. Uprzedzano nawet jego życzenia. Jedna z sióstr napisała raz do niego z zapytaniem, czy nie ma jakiego starego manuskryptu, który by mogła przepisać. O. Rafał odpowiedział jej, że na razie nie ma nic do przepisania. Praca sióstr musiała być wykonana z całą możliwą dokładnością. Młoda furtianka prosiła Ojca o pouczenie, jak dobrze wywiązywać się ze swoich obowiązków. O. Rafał odpisał jej, że powinna przede wszystkim zwrócić baczną uwagę na książkę, w której zapisuje się msze św. i bardzo starannie zapisywać zamawiane msze i wysokość ofiary, a w dzień, kiedy msza ma być odprawiona, powinna przed mszą powiedzieć księdzu intencję, w jakiej będzie msza święta i wręczyć mu ofiarę; powinna też wcześniej powiedzieć zakrystiance, jakiego koloru ornat ma przygotować; mogłaby też, za pozwoleniem m. przeoryszy, polecić jej podanie księdzu intencji mszy św. i ofiary. Przestrzegał ją także, żeby nie sprzedawała już poświęconych przedmiotów. O. Rafał zachęcał siostry, by pracowały chętnie i z radością, gdyż praca, prócz zysku materialnego, przynosi korzyść duchową, rozwija bowiem zamiłowanie do samotności, milczenia i wewnętrznego skupienia. Gdy pisał do matek przełożonych i załączał pozdrowienie dla całego zgromadzenia, prawie zawsze wtrącał parę uprzejmych słów dla sióstr konwersek. Polecał im zachowywanie milczenia i nalegał na przestrzeganie tego ważnego punktu Reguły karmelitańskiej; miał słuszność, gdyż milczenie bardzo ułatwia kontakt duszy z Bogiem.
Młodej zakonnicy, która się pytała, jakiej reguły powinna się trzymać w rozmowie, o. Rafał odpowiedział: „(...) bądź szczera jak gołębica, roztropna jak wąż. [Bądź szczera i otwarta, lecz strzeż się za wielu słów; bądź roztropna”.] Do innej pisał: „Gdy grzeszymy mową, mamy nie tylko swój grzech na sumieniu, lecz prawie zawsze również grzech tego, kto nas słucha. Grzeszyć i być przyczyną grzechu drugich? Lepiej umrzeć!”.
O. Rafał czuwał nad zdrowiem sióstr z troskliwością matki. Na początku Wielkiego Postu radził im mężnym i radosnym sercem podjąć walkę ze zmysłowością, lecz później pisał do matek przeorysz, ażeby dowiedzieć się, czy zdrowie której ze sióstr nie ucierpiało podczas postu. Do gorliwej przeoryszy, która nie dbała o swe zdrowie, poważnie zagrożone, pisał: „Życzę sobie, żeby Matka trzymała się rady lekarza i robiła to, o co siostry ją proszą; trzeba to robić koniecznie”.
O. Rafał nie lubił braku umartwienia wewnętrznego. Utrzymywał, iż próżność i zamiłowanie do pochwał oznacza brak inteligencji. Gdy która z sióstr miała wielką ochotę wykonać jakąś pracę, nawet dozwoloną, powinna się była umartwić i, jeżeli to było możliwe, odłożyć na później przyjemność jej wykonania. Nalegał przede wszystkim na umartwienie własnego zdania. „Trzeba się go wyrzec, o ile to możliwe, i w każdej okoliczności zastosować się do zdania drugich” – mawiał. Jeżeli klasztor nie otrzymywał potrzebnych jałmużn, przeorysza nie powinna się tym niepokoić, lecz widzieć w tym próbę zesłaną przez Boga dla dobra dusz. Radzi trzymać się tej samej zasady odnośnie do dóbr duchowych i nie martwić się, jeżeli Bóg ich odmawia, ponieważ odbiera nam je tylko dlatego, aby nas obdarzyć innymi, nieskończenie cenniejszymi, aby nam dać samego Siebie.
Doświadczenie jest, jego zdaniem, kamieniem probierczym dusz wybranych i gdy spotkał taką duszę, opiekował się nią troskliwie: pouczał ją i zachęcał do znoszenia próby odważnie, z wytrwałością i ochotnie. „Z tych doświadczeń odnieść korzyść można jedynie wówczas, gdy postanowimy sobie uważać bieg życia człowieka za nieprzerwany szereg cierpień bez wyjścia. Uniknąć bowiem cierpień niepodobna i właśnie w tym zakresie, w jakim Panu Bogu spodoba się nas doświadczyć. (...) Jedyna droga do zdobycia męstwa koniecznego – uznać wszystko za dopuszczenie Opatrzności Bożej, która wie, przez jakie próby przejść trzeba, aby dostać się do wiecznej szczęśliwości. Zapewne w rzeczach pozornie maluczkich doświadczenie może być bardzo dotkliwe, lecz ono przeminie, a nagroda w niebie nie przeminie”.
Jedna z sióstr, znosząca dużo cierpień, prosiła go o parę słów pociechy i otrzymała taką odpowiedź: „Skąd prawdziwa ozdoba każdej świątyni na zewnątrz? Ze znaku Krzyża świętego, który na niej się wznosi i nad ziemię górując, ku niebu promieniuje, a patrzącym wiernym głosi, że w świątyni znajduje się Ten, który na krzyżu zawisł za nas grzesznych, a teraz pokorny i cichy na ziemi w tym przybytku przebywa. Niech więc miłosierny Zbawca nasz udzielać Ci raczy tych samych cnót, aby krzyż Twój dzisiejszy rzeczywiście ku Twej ozdobie posłużył”.
Innej siostrze wskazywał źródło, z którego winna czerpać siłę potrzebną do znoszenia cierpień tego życia. „Zatrzymując umysł nad tym, od czego mam zacząć to krótkie dzisiejsze pisemko, myśl spoczęła nad następnymi wyrazy, które bł. M. Marchocka zwykła była powtarzać: «Krzyż, Panie Jezu, twój, jest to żywot mój». (...) Biedna dusza ludzka, gdy nie widzi możliwości uniknięcia cierpień już z własnej nędzy płynących, już z tej niestateczności i zawikłań rzeczy, które nas otaczają, na koniec i od nieprzyjaciela duszy nie raz nękana, nie widząc, gdzie się chronić na ziemi, zmuszona szukać wytchnienia i sił do dźwigania trosk życia, a razem do odpierania ustawicznego, co ranę zadać by jej mogło, a ostatecznie dla uleczenia tej rany, gdyby się ona zdarzyła, zmuszona chronić się w Bogu i w Nim pokoju – o ile ten pokój możebny na padole płaczu – szukać; kiedy Bogu będzie się podobało go udzielić – więc i zażywać. Stąd płynie pewna łatwość znoszenia, wprawdzie nie bez nieraz żałosnych jęków, przemijających objawów i zjawisk w życiu wewnętrznym i zewnętrznym, które jedne za drugimi nikną, i przychodzi się do tego, co nam Ś.M.N. Teresa od Pana Jezusa do uwagi podaje – «Bóg sam starczy». Wszystek nasz ratunek w tej do Boga ucieczce, z gorącą modlitwą i za siebie i za bliźnich (...)”.
Te ostatnie słowa przypominają nam, w jakim celu Bóg zsyła doświadczenia na dusze wspaniałomyślne, które się oddały na Jego służbę. Tak, jak Jezus Chrystus, św. Teresa i tylu innych świętych dusze te ofiarują się boskiej sprawiedliwości za zbawienie świata. O. Rafał pisał do siostry Teresy na ten temat: „Zbawiciel nasz powiedział o św. Gertrudzie jednej świętej duszy: «Tak bardzo kocham jej duszę, że często, gdy mnie ludzie obrażają, chronię się do jej serca. Poddaję ją wtedy cierpieniu ciała lub duszy, a że przyjmuje je ona, jak zwykle, z dziękczynieniem, ponieważ znosi je z pokorą i cierpliwością i ofiarowuje mi je z pobożnością, łącząc je z moją męką, uspakaja mój gniew i sprawia, że często przebaczam bardzo wielu ludziom jedynie z miłości ku tej duszy». Kto przeszkodzi siostrze, dodaje o. Rafał, zrobić ze swej duszy miejsce wypoczynku dla naszego Zbawiciela i ofiarować Mu swe cierpienia? Niech siostra prosi o to samo dla mnie”. Rzeczywiście, całe życie o. Rafała było długim pasmem cierpień fizycznych i moralnych. Dwie karmelitanki, które go dobrze znały, opowiadają nam o tym; my również znaliśmy jego życie. Dołączamy jeszcze jedno świadectwo: „Przewielebny Nasz Ojciec Rafał [mówił raz] ze mną o zjednoczeniu [duszy z Bogiem], powiedział mi mniej [więcej te] słowa: «Nam, którzy straciliśmy łaskę chrztu św., bardzo trudno jest dojść do doskonałego zjednoczenia z Bogiem. Zdarzy się nie raz [dzień lub] dwa, podczas których dusza jest całkiem oderwana od ziemi i zatopiona w Bogu, ale to przechodzi i znów trzeba walczyć». Chociaż tego wyraźnie mi nie powiedział, miałam jednak uczucie jakoby mówił z własnego doświadczenia”. Bóg chciał, żeby sam przeszedł wszystkie cierpienia dusz, które miał pocieszać i którymi miał kierować.
Duszom tym przedstawiał cierpienie jako zaszczyt i łaskę, o którą trzeba Boga prosić. Przeoryszy, która donosiła mu o swoim wyzdrowieniu, dał krótką odpowiedź: „Dzięki Bogu za łaskę wyzdrowienia Waszej Wielebności. Musi Matka żyć jeszcze długo i nieustannie prosić Boga, żeby całe jej życie było jedną ofiarą”. Inną przeoryszę poucza, co robić, ażeby cierpienia nasze stały się zasługą i dodaje jej odwagi, wskazując na przyszłą nagrodę: „Niech Matka stara się skorzystać z cierpienia i zamienić je w zasługę przez poddanie się, pokorę i cierpliwość. Jeżeli Matka będzie postępować inaczej, będzie musiała długo pozostać w czyśćcu, w takim samym stanie duszy. Zbawiciel nasz jest Sędzią łaskawym, nie każąc płacić dwa razy jednego długu: jeżeli nas karze tu na ziemi, to dlatego, żeby nas oszczędzić po śmierci”.
Do tej samej przeoryszy pisał w kwestii pokus: „W pokusie nie trzeba się bać ani niepokoić, lecz uzbroić się w odwagę, przybrać postawę stanowczą, nawet zewnętrznie, i zabrać się pilnie do pracy; nie trzeba zatrzymywać się na swych myślach w chęci zwalczania ich, lecz uciekać się zaraz do modlitwy. Można mówić powoli i spokojnie psalm: Qui habitat in adiutorio Altissimi, modlitwę O Pani moja, o Matko moja lub Panie Jezu, w Twym Sercu chcę zasnąć i odpoczywać”.
Przypominał też o. Rafał karmelitankom piękne zdanie biskupa Gay’a: „Krzyż tutaj, radość w niebie, miłość wszędzie”. Nie chciał on jednakże, aby tutaj na ziemi był tylko krzyż, tym mniej, aby radość była tylko w niebie; od św. Pawła nauczył się sposobu kierowania duszami: Charitas, gaudium, pax etc. (Ga 5, 22). Doskonała miłość Boga i bliźniego i to wszystko, co z niej wypływa, radość duchowa i spokój duszy – to był cel do osiągnięcia, do którego powinniśmy dążyć z całych sił. Przypominał swym dzieciom, że aby doskonale kochać Boga, trzeba Go kochać dla Niego samego, a nie dla Jego darów, dla pociech, których udziela tym, którzy Mu służą gorliwie, dla tej drogi nadprzyrodzonej, jaką podoba Mu się czasem prowadzić niektóre dusze. Trzeba uważać się za niegodną takich łask i nigdy ich nie pragnąć. Powtarzał często, że doskonała miłość polega na złożeniu Bogu ofiary ze wszystkich stworzeń, a szczególnie z własnej woli i przypominał naukę, jaką Zbawiciel dał apostołom w pięknym przemówieniu po Ostatniej Wieczerzy, idąc z nimi do Ogrodu Oliwnego. W mowie tej, która była jakby Jego testamentem, objaśniał, na czym polega prawdziwa miłość: „Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję”. Po przytoczeniu tego zdania o. Rafał dodaje: „To się odnosi do wszystkich, podług rzeczywistości stanu, w jakim się kto znajduje: komu pokutować – niech czyni pokutę, komu walczyć – niech walczy, komu męczeństwo – niech ponosi męczeństwo etc., nie zbaczając ani na prawo, ani na lewo, a wzrok zawsze utkwiony w niebo, skąd przybywa pomoc (...) Z naszej strony byłoby to nikczemnością za tyle łask otrzymanych nie okazywać w czynach, że Boga miłujemy”.
„Głównym naszym obowiązkiem w Karmelu, pisał Ojciec, jest obcowanie z Bogiem we wszystkich naszych czynnościach”, i poucza, jak dojść do tego: „Powinniśmy się przede wszystkim starać, aby uwolnić się od wszystkiego, co mogłoby nas wstrzymać w naszym dążeniu naprzód i pracować nad tym, aby robić tylko to, co Bóg chce, nie zważając na trudności zewnętrzne i wewnętrzne, jakie możemy napotkać, nie ufając własnym siłom i pokładając całą nadzieję w nieskończonym Miłosierdziu Boskim”. „Niech Wasza Wielebność pragnie kochać Boga bezgranicznie, pisał do jednej przeoryszy, i niech siła tego pragnienia wzmaga się coraz więcej w jej duszy i tryska ze wszystkich czynności jej doczesnego życia”.
Ojciec nasz wymagał równie doskonałej miłości bliźniego. ”Powinniśmy modlić się za tych, mówił, którymi Bóg w swych sprawiedliwych wyrokach chciał się posłużyć dla wypróbowania naszej cnoty. Jeżeli znosimy przykrości od drugich, naśladujemy Jezusa; jeżeli przez nas cierpią drudzy, naśladujemy tych, którzy Mu zadawali cierpienie”. Szczególnej opiece swych dzieci duchowych polecał dobór dusz; był jakby łącznikiem pomiędzy biskupami a Karmelem i w listach swych często polecał nam usilnie modlitwę za pasterzy i ich owieczki: „Trzeba się bardzo modlić za duchowieństwo; brak tu się jego okropnie odczuwa, i nadzieja niewielka, aby się łatwo nowym powołaniem zasilić mogło. Ten brak niezmiernie się odczuwa”. Wskazuje zarazem na powód tego nieszczęścia i środek, jak mu zaradzić. „W ogóle wołać mamy do Zbawcy naszego o łaskę pomnożenia między wiernymi, a również i między nami, żywej wiary. Jak tej nie staje, owoców też z niej nie staje – i serce ludzkie w mdłości więdnieje”.
Kościół Unicki, obok którego o. Rafał spędził dzieciństwo, zajmował w jego sercu bardzo dużo miejsca, dlatego prosił swe dzieci z Karmelu polskiego o zachowanie dla niego równie dużo miejsca w ich sercach. Dowód tego znaleźliśmy w liście do matki przeoryszy klasztoru karmelitanek bosych, założonego na krańcach tegoż Kościoła, przeoryszy klasztoru w Przemyślu. Jedna z sióstr tegoż klasztoru, którą Ojciec nazywa la Minima, ponieważ z pewnością sama tak się nazwała, gorąco pragnęła, aby Kościół Prawosławny ruski przeszedł na Unię, to znaczy, aby wrócił na łono Kościoła Rzymskiego. Ojciec Rafał napisał do niej – możemy to zastosować i do nas – we wspomnianym liście: „Im więcej rozważam sprawy, tym bardziej utwierdzam się w niezachwianym przekonaniu, że to Opatrzność Boża wezwała ją do Karmelu i właśnie do Karmelu w Przemyślu. Temu dziecku wybranemu pozwolę sobie jeszcze podać pobożną wiadomość.
Podczas 15-tu lub 16-tu godzin mego pobytu we Lwowie, gdzie musiałem pojechać, aby wyjaśnić sprawę Wadowic, poczułem się przynaglony pragnieniem z gwałtownością wprost nadzwyczajną, aby prosić o audiencję u J. Em. kardynała Sembratowicza, metropolity ruskiego, i pomimo że nie miałem godziny oznaczonej, i pomimo późnej pory – było już po 6-tej wieczorem – zdecydowałem się zdobyć szturmem rezydencję metropolitalną św. Jura i przy pomocy Opatrzności Bożej dotarłem do celu. Jego Eminencja raczył mnie przyjąć. – A kiedy przedstawiłem Jego Eminencji, jak bardzo się przejmuję sprawą jedności itd. itd. – «Czy ojciec wie – powiedział mi wtedy – zaledwie przed kilku dniami otrzymałem list od jednego ojca karmelity z Francji, w którym dziwi się, dlaczego w Kościele Unickim nie założono zakonu św. Eliasza. – Zakon ten powstał na Wschodzie, a później przeszedł na Zachód i jest wezwany do pracy nad jednością Kościołów». Jego Eminencja wezwał swego sekretarza i polecił mu przynieść ten list, który mogłem przeczytać propriis oculis i stwierdzić, że Siostry Karmelitanki (...) są wezwane przez Boga do tego, aby Kościół prawosławny przywrócić do jedności z Matką-Kościołem, i że przez swe modlitwy wybłagają tę łaskę. I to jest racja – kończy ojciec – dla której klasztory tych sióstr powinny istnieć również w Kościele Unickim. Więc siostra Maria pełni swój opatrznościowy obowiązek już od wielu lat w Przemyślu i ma postępować coraz bardziej w doskonałości (i ona ma łaskę i zrozumienie dla tego), nigdy nie utykać i nie martwić Najśw. Panny”.
Rozdział XVI
Kierownictwo karmelitanek (ciąg dalszy)
Duch Karmelu: miłość, wesele i pokój wewnętrzny. Nabożeństwo do św. Człowieczeństwa Jezusa Chrystusa, do Najświętszego Sakramentu, do Dzieciątka Jezus i Najśw. Panny. Praca w konfesjonale i w celi. O. Albert, o. Jozafat i o. Wacław, kapucyn.
Radość i pokój duszy są nagrodą, owocem, koniecznym następstwem doskonałej miłości Boga. Gdy człowiek oderwie się od wszystkiego i kocha Boga z całego serca, posiada Dobro Najwyższe i wtedy może i powinien się radować. „Radujcie się zawsze w Panu; – mówi św. Paweł – jeszcze raz powtarzam: radujcie się”. Gdy więc dusza posiada Największe Dobro, wszystkie jej pragnienia są spełnione, znalazła odpoczynek i pokój. To jest szczęściem aniołów i świętych w niebie i to jest cel, do którego powinniśmy dążyć tu na ziemi; dusze prawdziwie oddane rozmyślaniu najwięcej się do Niego zbliżają, karmelitanki obrały więc najlepszą cząstkę. O. Rafał przypominał to często tym, które korzystały z jego kierownictwa duchowego i dokładał wszelkich starań, aby oddalić od nich wszystko, co mogłoby przeszkodzić im w cieszeniu się tym szczęściem, a przede wszystkim smutek i niepokoje sumienia, które są jakby robakiem toczącym prawdziwą pobożność.
Karmelitanki, za przykładem swojej świętej Matki, miały służyć Panu z radością, a święty ich kierownik starał się utrzymywać tę świętą radość w ich zgromadzeniach wszelkimi sposobami, jakimi rozporządzał. Za nic w świecie nie chciał zamącić tej radości, a gdy musiał udzielić jakiego małego napomnienia, odmówić czego albo dać jaką radę, umiał to zrobić w tak dowcipny i uprzejmy sposób, że uwagi jego zawsze chętnie były przyjmowane. Siostry, zaniepokojone o jego liche zdrowie, przysyłały mu czasem lekarstwa, z których najczęściej nie robił użytku. „Nasamprzód Bóg zapłać za rośliny i przyprawy balsamiczne, którymi najmilsza siostra infirmerka chce mię ubalsamować jeszcze za życia; ale przede wszystkim i nade wszystko potrzebuję od Was olejku wonnego modlitw Waszych, żebym mógł kiedyś z Wami chwalić Boga w niebie (...)”.
Nowy klasztor w Przemyślu wznosi się jak forteca na stoku wzgórza, które dominuje nad miastem i okolicą; o. Rafał przeprowadzając tam pierwszą wizytację kanoniczną, miał bardzo dużo pracy. Jedna z sióstr, widząc go bardzo zmęczonego, powiedziała mu, że zapewne umrze w Przemyślu. W następnym roku siostry oczekiwały go z niecierpliwością. „Kto wie, czy się nie sprawdzi twierdzenie, że i ja grzeszny Bogu ducha oddam w Przemyślu, należy się zatem do Was, jako na ostatni przystanek – po odbytej podróży w innych klasztorach – ostatecznie i może na zawsze zawitać”.
Zgromadzenie to złożone było z zakonnic młodych i gorliwych, których nie trzeba było pobudzać do postępu w cnotach. „Ufajmy, że święta załoga Fortu św. Józefa nosi broń z męstwem, w dobrym humorze oraz w dobrym zdrowiu”. Te kilka zdań wystarczą, aby dać wyobrażenie o sposobie, w jaki o. Rafał kierował duszami mu powierzonymi, sposobie energicznym, a równocześnie pełnym uprzejmości, i jakiego ducha pragnął dla Karmelu. Był to prawdziwy duch św. Teresy. Przekonujemy się o tym czytając jej listy.
Spokój wewnętrzny jest nagrodą dla dusz, które zwyciężyły i pokonały wszystkich swych nieprzyjaciół dla spokojnego cieszenia się Tym, który w nich mieszka. Tymi nieprzyjaciółmi są zmysły, nasze namiętności i pokusy szatana. Gdy używanie zmysłów i poruszenia namiętności: nasze uczucia, pragnienia, radości, smutki itp. są rządzone nawyknieniem do umartwiania się; gdy pokora i ufność w Bogu uodporniły duszę naszą na zasadzki szatana – dusza cieszy się swym szczęściem w pokoju. To, co powiedzieliśmy wyżej, wykazuje dostatecznie, jak o. Rafał umiał kierować duszami w tych rozlicznych i ciężkich walkach i ile trudu sobie zadawał, ażeby przyjmować do Karmelu tylko dusze silne i mężne, które by podejmowały z radością walkę dla Pana na wzór Machabejczyków.
Jak sprawiedliwy, który z wiary żyje, o. Rafał dostrzegał Boga we wszystkich wydarzeniach życiowych, dobrych lub złych, i stąd czerpał ten niewzruszony spokój, jaki podziwiano u niego, a jaki on starał się zapewnić duszom, którymi kierował. Jedna z zakonnic otrzymała naganę za winę, do której się nie poczuwała i to ją zaniepokoiło; o. Rafał, któremu zwierzyła się ze swego zmartwienia, odpowiedział jej: „Najlepszym środkiem do odzyskania pokoju jest uważać się za winną, nie myśleć o tym, co zaszło wczoraj i oddać się całkowicie zajęciom dzisiejszym, gdyż taka jest wola Boża. Niech droga siostra wyryje w duszy tę prawdę, że cała nasza siła polega na «życiu z wiary», a nie na życiu z uczucia. Będzie się wtedy siostra czuła utwierdzona jak na niewzruszonej skale i nie będzie zważać na zawieruchy i burze, a tym mniej na lekkie podmuchy wiatru, gdyż tak trzeba nazwać doświadczenia, jakie dobry Bóg nam zsyła, a które my uważamy za pustoszące wszystko nawałnice. Przy Komunii św. niech siostra poprosi przede wszystkim o tę łaskę”. Duch wiary daje też nam pokój w sprawach doczesnych; Bóg jest wierny w swych obietnicach i nie opuszcza nigdy tych, którzy Regułę swą wiernie spełniają i w Bogu pokładają całą nadzieję. O. Rafał przypominał karmelitankom wzniosłe nauki, które nam w tym przedmiocie zostawiła święta nasza Matka Teresa i pragnął, aby stosowano się do nich. Nie chciał, aby prosiły o jałmużnę na zwyczajne potrzeby zgromadzenia; troskę o nie trzeba zostawić Bogu i zadowolić się służeniem Mu wiernie, ze spokojem i ufnością.
Pełnienie we wszystkim świętej woli Boga jest środkiem koniecznym i niezawodnym dla uzyskania wszystkiego, co jest potrzebne do utrzymania zgromadzenia. Wyrażeniem tej świętej woli są prawa i zwyczaje, zatwierdzone przez przełożonych, a naszym największym staraniem powinno być wypełnianie ich wiernie i całkowicie, bez zajmowania się niczym innym. Przede wszystkim zalecał ubóstwo. Zganił np. malarza, który dla wykazania swego talentu pomalował kaplicę karmelitanek w sposób nie licujący z prostotą i ubóstwem Karmelu. „Jeszcze sprawa ołtarza: w żadnym przypadku nie radzę malatury, nie mówiąc już o kosztach, w jakim celu? Przede wszystkim z uwagi na brak poważnego i pobożnego stylu w pracach artystów XIX wieku. Lepiej zadowolić się skromnym ołtarzem, malując ściany prezbiterium i kaplicy w odpowiednim kolorze; to będzie pasowało najlepiej do kaplicy i do ducha ubogiej prostoty. (...) Ja z mej strony nie nalegam wcale (...)” – dodał pokornie. Artyści byli innego zdania i w kilka miesięcy później o. Rafał pisał do matki przeoryszy: „To prawda, że na Łobzowie powiedziałem do W. Matki: Proszę dodać ode mnie, że jest mi przykro itd... Ale, prawdę mówiąc, to nie jest przeciw Waszej Wielebności, ale przeciw naprzykrzającym się. Pomijając styl współczesnych artystów, obawiam się bardzo wielkości wydatków”.
Do rąk o. Rafała dostała się włoska książeczka: Documenti per tranquillare le anime timorose nelle loro dubiezze; czytając ją, zapragnął udostępnić ją tym, którzy nie cieszyli się jeszcze dobrodziejstwem pokoju wewnętrznego. Autor tej książeczki, ojciec Józef Quadrupani, barnabita, uważał, ze nauka Ewangelii nie jest dostatecznie jasno przedstawiana wiernym; kaznodzieje i pisarze ascetyczni silą się, aby wytłumaczyć ludziom, kiedy ich uczynki są grzeszne, lecz zaniedbują objaśnić, kiedy grzechu nie popełniają. Z powodu tego zaniedbania wiele dusz, z natury szlachetnych i zdolnych osiągnąć wysoki stopień doskonałości, całe życie dręczy się niepotrzebnymi obawami i popada w zniechęcenie. Dla zapobieżenia temu stanowi rzeczy, o. Józef napisał swą książeczkę, która dostała się do rąk o. Rafała w swym 39. wydaniu włoskim. Jego długoletnie doświadczenie i głęboka znajomość dusz ludzkich pozwoliły mu zrozumieć, że książka ta mogłaby w Polsce zrobić dużo dobrego i zaczął ją tłumaczyć, lecz wkrótce dowiedział się, że tłumaczenia już dokonano i wydano je w Warszawie, zaprzestał więc dalszej pracy i poprzestał na polecaniu wydania warszawskiego. Chciał on, aby osoby poświęcone służbie Bożej cieszyły się zupełną wolnością ducha, doskonałym oderwaniem się od wszystkiego, wolą chętnego wyrzeczenia się wszystkiego, nawet najświętszych ćwiczeń, jeśli wymagać tego będzie posłuszeństwo lub miłość bliźniego, jeśli Bóg tego zażąda, z miłości ku Niemu, szczęśliwe, że mogą Mu sprawić przyjemność. Wyrazem takiej świętej wolności jest synowska ufność, jaką Mu okazujemy. Pod tym względem św. Teresa była wzorem doskonałości i o. Rafał pragnął, aby jego córki duchowe dążyły do tej doskonałości z całych sił, liczył też na to, że książeczka o. Quadrupani będzie im w tym pomocą.
Gdy dusza poznała marność dóbr ziemskich i przekonała się, że one jej szczęścia nie dadzą, szuka gdzie indziej zaspokojenia swych pragnień. O. Rafał wskazywał wtedy tym, którymi kierował, na święte Człowieczeństwo Chrystusa, na Jezusa cierpiącego za nas i unicestwiającego się w Eucharystii, aby móc połączyć się z nami w Komunii św. Doradzał tym duszom rozmyślanie męki Jezusa Chrystusa i częstą Komunię św. jako potężne środki prowadzące do zjednoczenia się z Bogiem; zwracał im jednak uwagę, że środki te nie są niezawodne i nie odniosą skutku, jeżeli nie będzie im towarzyszyło doskonałe zdania się na wolę Boga. „Komunia św., mówił, jest tylko środkiem i jeżeli przyjmiemy ją bez należytego usposobienia, zamiast zbliżyć nas do Jezusa, raczej oddali nas od Niego”. To samo mówił pisząc o dekrecie Piusa X, zalecającego częstą Komunię św. „Pozwalam sobie przy tej okoliczności zwrócić raz jeszcze uwagę najmilszych sióstr, że nie sama częstotliwość w przystępowaniu do Stołu Pańskiego pożytek dla duszy przynosi, lecz i odpowiednie przygotowanie się do tego, a nadto i praktyczne pożytkowanie z tego pokarmu niebieskiego przez nabywanie cnót i unikanie tych ułomności, które w zwyczaj się wkradają. Brak milczenia, łatwe posądzanie, brak wspólnej jedności (...)” A trochę dalej dodaje: „(...) przyjęto we wszystkich klasztorach sióstr wstrzymywać się od Komunii św. w dzień spowiedzi, przed spowiedzią. Nadmieniłem o tym, nie krępując bynajmniej woli co do pojedynczych najmilszych sióstr. Radzić jednak mogę samym najmilszym siostrom, jak również i Przewielebnej Matce, nie wyszczególniać się. Zresztą macie własny rozum i własne sumienie, czyńcie, jak Wam to ostatnie nakazuje, mając przede wszystkim na myśli, że częsta Komunia obowiązuje Was do dążenia do doskonałości zakonnej, która zmierza do miłości Boga i miłości bliźniego”.
Nabożeństwo do Męki Chrystusa i do Najświętszego Sakramentu było obecne w tradycji Karmelu od czasów św. Teresy i św. Jana od Krzyża, podobnie jak nabożeństwo do Dzieciątka Jezus. Ojciec nasz św. Jan od Krzyża opiewał w swych poezjach niewysłowioną miłość Dzieciątka Jezus ku duszom i jego pragnienie przyjęcia naszej natury, aby nam dać możność odczuwania nieskończonej dobroci Boga, aby pozyskać naszą miłość i złagodzić cierpienia naszego wygnania. Również święta nasza Matka Teresa polecała nam to nabożeństwo. „Pośród przedmiotów kościelnych, które klasztor z Segura podarował św. naszej Matce Teresie, gdy udawała się na fundację do Villanueva de la Jara, była figurka Dzieciątka Jezus, rzeźbiona w drewnie. Mianując s. Annę od św. Augustyna furtianką i szafarką nowej fundacji, święta poleciła jej prosić Boskie Dzieciątko o wszystko, co będzie potrzebne do utrzymania zakonnic z ufnością, zapewniając ją, że prośba jej będzie wysłuchana. Anna od św. Augustyna umieściła Dzieciątko blisko furty i spędzała przy Nim każdą wolną chwilę na słodkich rozmowach. Gdy była w jakiej potrzebie, zwracała się do Niego z wielką wiarą, a wszechmocne Dzieciątko tak hojnie zaspakajało jej życzenia, że nazwała je Założycielem i Szafarzem klasztoru”.
Czcigodny brat Franciszek od Dzieciątka Jezus rozpowszechniał to nabożeństwo w Hiszpanii, siostra Małgorzata od Najśw. Sakramentu we Francji, a o. Cyryl od Matki Bożej w Pradze. Klasztory karmelitów w Krakowie i w Wilnie przy Ostrej Bramie były ogniskami, skąd to nabożeństwo rozeszło się po Polsce i Litwie, a o. Rafał, któremu na sercu leżało przywrócenie Karmelowi w Polsce dawnej świetności i wskrzeszenie tradycji minionych wieków, nie mógł pominąć Dzieciątka Jezus. Chciał on, aby to Dzieciątko było przedmiotem wszystkich naszych myśli, całego naszego przywiązania, wszystkich pragnień i radości, gdyż dusza, w której Ono panuje jako Król wszechwładny, już na ziemi cieszy się pokojem i szczęściem aniołów i świętych w niebie. „Niech Dziecię Jezus tak posiądzie dusze wszystkich sióstr najdroższych, żebyście mogły jak tu na ziemi śpiewać «Chwała na wysokości Bogu», a później na wieki to Dziecię Jezus posiadać. A wszystko przez Najświętszą Matkę Jego!”.
O. Rafał był spokojny dopiero wtedy, gdy oddał swe dzieci pod opiekę Najświętszej Panny. Pewnego razu pisał do nich o trzeciej rano, wyjeżdżając w daleką podróż: „Niech Panna Najświętsza każdą najmilszą siostrę strzec raczy i prowadzi po drodze, trochę wprawdzie ciernistej, do szczęścia wieczności”.
Od Matki Boskiej oczekiwał pomyślnego rozwoju nowego Karmelu w Polsce i po jednej z wizyt kanonicznych pisał: „Bóg dał nam tę Matkę ukochaną, aby nam dopomóc do pójścia śladami naszych przodków i wskrzeszenia przeszłości”. Wskazuje nam Najświętszą Pannę, obdarzającą błogosławieństwem tych, którzy pracują nad rozpowszechnieniem nabożeństwa ku Niej, a 5 grudnia 1904 roku pisał: „Św. Franciszek Ksawery pracował ze wszystkich sił nad tym, aby wszędzie czczono Niepokalane Poczęcie. Wielki apostole Indii, cudotwórco, aniele, wyznawco, męczenniku i proroku, św. Franciszku Ksawery, którego dusza wzbogacona była przez Maryję tylu łaskami, módl się za nami; wstaw się za mną; przyrzekam odmawiać często twą ulubioną modlitwę: Matko Boża, pamiętaj o mnie”.
O. Rafał pracował nie tylko nad duszami powołanymi do doskonałości, lecz także nad postępem duchowym zwykłych wiernych. To, co najpierw robił w Czernej, potem kontynuował w Wadowicach, a informacje o tej pracy znajdujemy w jego listach z tego czasu. W roku 1899 pisał z Krakowa do pani Młockiej, że życie spędza w konfesjonale. W roku jubileuszowym 1901 pisał z Wadowic: „U nas zaś lud biegnie do sakramentu pokuty jak jeleń do źródeł wody”. Było to podczas Wielkiego Postu; w lipcu pisał: „(...) wierni zaś oblegają konfesjonały, naprawdę łaską Bożą kierowani. (...) Ale cóż, kiedy sam człowiek na wpół umarły w stosunku do Boga”, a w październiku: „Jedynie w godzinach nocnych mogę znaleźć trochę czasu, żeby odpowiedzieć choćby w kilku wierszach na nawałnicę pism kochanych matek i sióstr. – Taki zapał do uciekania się do łask sakramentu pokuty ogarnął wiernych, że jesteśmy jakby w oblężeniu od wczesnego rana aż do 6 godziny wieczorem i później – i to bez wytchnienia z dnia na dzień. (...) Ale jakie nawrócenia! Co za przepaść miłosierdzia Bożego w ustanowieniu Jubileuszu! Misericordias Domini in aeternum cantabo”.
Nie tylko jubileusz przyciągał wiernych do jego konfesjonału, gdyż podczas Adwentu roku 1902 pisał również: „List miał być napisany i wysłany przed trzema dniami. Byliśmy ciężko oblężeni przez drogich wiernych (...)”, tak samo donosi podczas Wielkiego Postu 1903 r.: pozostawaliśmy „(...) do 12-ej w pudełku (...), to znaczy w konfesjonale, głowa na dobre zawieruszona (...)”. O. Rafał kochał swych drogich wiernych i oddawał się na ich usługi bez oszczędzania swych sił, toteż wierni kochali go wzajemnie; okazywali mu dużo zaufania i nie szczędzili mu sposobności, w których mógł był ćwiczyć się w miłości bliźniego; szczególniej dusze nieszczęśliwe znajdowały u niego zawsze potrzebne im światło, pociechę i zachętę.
O. Rafał w celi też nie miał więcej spokoju niż w kościele. Gdy który z ojców chciał wydać drukiem swą pracę, zawsze prosił o. Rafała o wyjaśnienie różnych wątpliwości; gdy studenci mieli do rozwiązania trudne zadania matematyczne i podołać mu nie mogli, także do niego przychodzili po pomoc, a on każdą kwestię objaśnił z taką łatwością i dobrocią, że wychodzono od niego z zadowoleniem i chęcią powrócenia do niego jak najprędzej. Cnoty dobrego o. Rafała i wikarego o. Bartłomieja od św. Teresy ściągnęły na nowy klasztor w Wadowicach błogosławieństwo nieba, a te trzy lata, które w nim razem spędzili, były dla tego klasztoru bardzo szczęśliwe. Bóg pociągnął do klasztoru i przygotował w Gimnazjum i w Alumnacie zakonników, którzy później rozpowszechniali w dalekie strony reformę św. Teresy. Dnia 26 lipca 1902 roku trzech najstarszych uczniów z naszego kolegium otrzymało święcenia kapłańskie w naszym kościele w Wadowicach z rąk biskupa Anatola Nowaka, sufragana księcia biskupa krakowskiego.
O. Rafał, który tak bardzo przeżywał wszystkie radości Karmelu, tym razem doświadczył szczególnej radości, ponieważ pomiędzy świeżo wyświęconymi kapłanami był o. Albert od Nawiedzenia, którego dawniej nazywał „perłą nowicjatu”, a którego przysłał mu z Krakowa jego przyjaciel o. Wacław. Było to w roku 1895. O. Rafał był wtedy przeorem w Czernej, a o. Bartłomiej mistrzem nowicjuszów. Teraz obydwaj byli w Wadowicach i zbierali żniwo tego, co posiali; lecz wkrótce po radości miało nastąpić cierpienie.
Dnia 27 grudnia tego samego roku o. Rafał pisał do karmelitanek łobzowskich: „Jakaż strata dla nas, strata nieoczekiwana, to odejście śp. o. Jozafata! Ciężko ją odczujemy, chyba że drogi zmarły wspomoże nas z nieba”. Trzy dni później pisał do Przemyśla: „Ponieśliśmy wielką stratę ze zgonem śp. o. Jozafata. Zakończył żywot ziemski spokojną i szczęśliwą śmiercią. Ufać trzeba, że osiągnął niebo”. O. Jozafat od św. Józefa, w świecie Paweł Styczeń, urodził się 24 stycznia 1866 roku w Mogile pod Krakowem z rodziców ogólnie szanowanych dla ich dobroci i pobożności. Pierwsze nauki pobierał w szkole parafialnej, którą prowadzili cystersi z Mogiły, podejmując się pracy szkolnej dla uniknięcia ostracyzmu Józefa II. Codzienne obcowanie z synami św. Bernarda wywarło duży wpływ na z natury dobrą i niewinną duszę Pawła. Po sześcioletnich naukach gimnazjalnych w Krakowie zrozumiał niebezpieczeństwo życia w świecie i podniósł oczy ku Gwieździe Morza, prosząc Ją, aby go wprowadziła do portu zbawienia. Został przyjęty do nowicjatu karmelitów na Piasku w Krakowie, gdzie zwracał na siebie uwagę pobożnością i zamiłowaniem samotności. Skoro tylko miał parę chwil wolnych, szedł do ogrodu i ukryty w odległym zakątku czytał i modlił się. Ukończywszy we Lwowie studia filozoficzne i teologiczne, został wyświęcony na kapłana 12 lipca 1891 roku. Miesiąc później nasz ojciec generał p.o. Hieronim Maria od Niepokalanego Poczęcia NMP (kardynał Gotti) przyjechał do Lwowa z o. Rafałem dla odbycia wizytacji kanonicznej u karmelitanek i o. Jozafat pierwszy raz spotkał się z karmelitami bosymi. Po kilku miesiącach odwiedził Czerną i prosił o przyjęcie do nowicjatu, lecz spotkał się z odmową. Nie chcieliśmy zabierać ojcom trzewiczkowym tak zdolnego zakonnika; obawialiśmy się także jego słabego zdrowia. Odmowa ta nie zniechęciła go; jakiś czas później wrócił i ponownie prosił o przyjęcie. Tym razem głosowanie wypadło dla niego pomyślnie; 7 marca 1892 roku został przyjęty do nowicjatu. Przez całe dziesięć lat, które spędził z nami, był wzorem punktualności i budował nas swą pokorą, miłością Boga i duchem modlitwy. Zawsze był gotów na usługi dla drugich i oddał ich nam wiele jako kaznodzieja, spowiednik i przełożony Trzeciego Zakonu. Zawsze chętnie szedł na ambonę, a w niedzielę i święta jego konfesjonał od piątej rano tak był oblężony przez mężczyzn, że żadna kobieta nie mogła się do niego zbliżyć. Mianowany przełożonym Trzeciego Zakonu, starał się wpoić tercjarkom gorliwość w wypełnianiu zobowiązań, nabożeństwo do Najśw. Panny i ducha św. Teresy. Przygotował dla nich nowe wydanie Reguły i ułatwił praktykę losowania patronów miesięcznych przez opracowanie i wydanie książeczki Zdania świętych, która im na każdy dzień w roku dawała odpowiednią myśl i wskazywała cnotę, w jakiej miały się ćwiczyć. Najmilszą jego lekturą były żywoty ojców pustyni, a na piątkowej konferencji duchowej mówił o korzyściach, jakie odnosił z tego pobożnego czytania i opowiadał budujące fakty, które zwróciły jego uwagę. Żywot świętego pustelnika z dawnej pustelni w Czernej, przeczytany w polskim wydaniu Decor Carmeli, tak mu się spodobał, że poprosił o pozwolenie na nowe wydanie. Długimi klasztornymi korytarzami chodził poważnie, z kapturem na głowie i z modlitwą na ustach; kochał bardzo Matkę Bożą i zwykle odmawiał Zdrowaś Maryjo. Można powiedzieć o nim, że był „kochany przez Boga i ludzi”; Bóg, zdaje się, pozazdrościł go ludziom i zabrał go im; umarł mając 36 lat. Lubił bardzo małe dzieci, niewinne jak on, i musiał bardzo kochać Dziecię Jezus; umarł w wigilię Bożego Narodzenia 24 grudnia 1902 roku.
Kilka dni później o. Rafał opisał szczegóły jego śmierci w liście do karmelitanek, pisanym w klasztorze kapucynów w Krakowie, gdzie czekało go nowe cierpienie. Jego najbliższy przyjaciel z Syberii o. Wacław umierał i prosił go, aby przyjechał z Wadowic, chciał bowiem umrzeć w jego ramionach. O. Rafał spędził przy nim ostatnie dni roku 1902 i pierwszy tydzień 1903; 16 stycznia donosił karmelitankom z Przemyśla o jego śmierci: „Nie mam co do pisania o zgasłym w Bogu o. Wacławie. Rzecz najważniejsza, iż był zaopatrzony Sakramentami świętymi, umarł zaś prawdziwie na Krzyżu – tak cierpiał. To są najlepsze cechy dobrej śmierci: Pretiosa in conspectu Domini mors sanctorum Eius! Modlić się jednak trzeba, gdyż i najlepsze czyny na tej biednej ziemi noszą zawsze oznaki słabości ludzkiej. – Bliższe szczegóły podane w dziennikach; niekoniecznie jednak zgodne ze sobą.
Chwila rozstania się ze światem na każdego też z nas, a na mnie niedługo, przyjść musi. Nie na wiele się zdadzą opisy, pochwały czy nagany pośmiertne, lecz główne, w jakim stanie ta biedna dusza, ciągle kołatana rozmaitymi nawałnościami, stanie przed Bogiem dla zdania [sprawy] z tylu lat marnie spędzonych. – Oby przynajmniej nie gasła ufność w miłosierdziu Bożym”.
Tego samego dnia o. Rafał pisał do Warszawy: „W czasie bytności przy chorym w Krakowie, na prośbę o. prowincjała tamecznego, nakreśliłem kilka ustępów z pobytu naszego wspólnego na wygnaniu. Jeden z ojców zakonnych przygotowuje mały życiorys, wówczas uwydatni się w większej prawdzie postać zmarłego ojca. Dziennikarskie wykrzykniki są tak nacechowane osobistym, każdego z piszących, punktem widzenia. Mnie tylko niesmak sprawują (...)”. Na prośbę m. Marii Ksawery, o. Rafał napisał też w tym czasie wspomnienie z czasów swego pobytu przy księciu Auguście Czartoryskim, salezjaninie.
Rozdział XVII
Czerna 1903 – 1906
Kapituła prowincjalna. O. Rafał, wybrany drugim definitorem, przeniesiony do Czernej. O. Bartłomiej przeorem w Czernej. Obłóczyny ośmiu uczniów Alumnatu w Wadowicach. Kronika klasztoru św. Marcina, pierwszego klasztoru karmelitanek w Polsce. Kroniki karmelitów w Warszawie i karmelitanek z Wesołej. Tłumaczenie francuskie. Biblioteka klasztoru w Warszawie. Posłannictwo Polski. Natalia Naryszkin i o. Herman.
Dnia 25 kwietnia o. Rafał pisał do m. przeoryszy na Łobzowie: „Nie spodziewając się tego zupełnie, zostałem wybrany socjuszem na kapitułę i dziś wyjeżdżam z Wadowic, żeby dzień spędzić w Czernej, a w poniedziałek, około drugiej po południu, trzeba wyjechać pociągiem do Wiednia. Polecam się usilnie modlitwom Waszej Wielebności i wszystkich drogich Matek i Sióstr. – Stanowisko jest jedno z trudniejszych i niemniej odpowiedzialne”.
Na kapitule w roku 1903 p.o. Bonawentura został wybrany prowincjałem, o. Rafał drugim definitorem, a o. Bartłomiej przeorem w Czernej. Poprzedni prowincjał, o. Chryzostom od Wniebowzięcia, został przeorem w Wadowicach i przełożonym Alumnatu. O. Rafał udał się z o. Bartłomiejem do Czernej, ażeby tam spędzić rozpoczynające się trzechlecie; o. Albert zajął miejsce opuszczone przez o. Jozafata. Trzechlecie rozpoczęło się dobrze. W pierwszych dniach lipca przyjechał o. prowincjał na wizytację kanoniczną i spotkał się w Czernej z ośmioma uczniami naszego Alumnatu w Wadowicach, którzy go prosili o przyjęcie do nowicjatu. Wzruszający był widok nazajutrz, gdy młodzi kandydaci, na których oczekiwało w chórze całe zgromadzenie, uklękli przed o. prowincjałem, a na jego zapytanie: „O co prosicie?”, odpowiedzieli, że pragną z pomocą Boską prowadzić ubogie życie w Karmelu; jeszcze więcej wzruszający był ich widok, gdy po obłóczynach padli dwoma rzędami na twarz na ziemię, aby w ten symboliczny sposób powiedzieć obecnym, że od tej uroczystej chwili umarli dla świata. Cała podłoga w chórze zasłana była białymi płaszczami, a nowicjusze pozostali jak bez życia w czasie śpiewania przez zgromadzenie hymnu Veni Creator dla uproszenia im łaski wytrwania. Wzruszenie doszło do szczytu, gdy na znak o. magistra wstali, ucałowali ołtarz, a potem wymienili uścisk braterski z o. prowincjałem i wszystkimi zakonnikami podczas śpiewu psalmu: „Ecce quam bonum et quam jucundum habitare fratres in unum – Oto jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem” (Ps 133[132], 1). – Rok później ta sama ceremonia powtórzyła się; wszyscy nowicjusze wytrwali w powołaniu i wyrażali teraz już nie życzenia swoje, lecz uroczystą obietnicę wytrwania aż do śmierci w służbie Bożej i Najśw. Panny z Góry Karmel.
O. Rafał lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał znaczenie tej pięknej ceremonii. Służenie Bogu i Najświętszej Dziewicy, a dla skuteczniejszego pełnienia tej służby umrzeć zupełnie światu i sobie samemu jest naszym powołaniem w Karmelu, i on nam o tym nieustannie przypominał słowem, a przede wszystkim przykładem. A gdy nadarzyła się okazja, również o tym pisał. Często okazją taką były kroniki karmelitanek. W liście z kwietnia 1902 roku czytamy: „Po Świętach Wielkanocnych bardzo byłem zmęczony i z trudem przychodzę do siebie: nie wiem, czy będę mógł wykonać pracę, jakiej sobie życzycie. Głowa moja łatwo się męczy, a z drugiej strony nie mogę pozostawać w bezczynności. Pracy mi nie brak: chciałem wydać drukiem skrót naszej kroniki warszawskiej”. Porzucił tę pracę dla innej, o którą go proszono, a było to wydanie drukiem kroniki klasztoru św. Marcina, pierwszego klasztoru karmelitanek w Polsce. W przedmowie przedstawił cel i znaczenie tego wydawnictwa. Zwrócił uwagę czytelnika na nazwiska kilku karmelitanek tego klasztoru: siostry Krystyny od św. Józefa, która była siostrą Maryny Mniszchówny; siostry Anny od św. Bartłomieja, córki Mikołaja Zebrzydowskiego; siostry Teresy Marii od św. Józefa, siostrzenicy królowej Konstancji i Zygmunta III; siostry Krystyny od Ofiarowania Najśw. Maryi Panny, ciotki króla Stanisława Poniatowskiego; siostry Anny Józefy od Jezusa, ciotki kanclerza wielkiego koronnego Szembeka; siostry Cecylii od Trójcy Świętej, córki Franciszka Szembeka, i dodaje: „Szczegóły zaś dziwnego zaparcia się sióstr wykazują potęgę ducha współdziałającego z łaską powołania, w życiu pokuty i w ubóstwie duchownym znajdującego wesele, nieznane w zamożności i szczytnym stanowisku na świecie. Podobne poświęcenie się i odwaga wyboru takowego stanu nie mogło nie oddziaływać zbawiennie na same ich domowe ogniska, na ich otoczenie, a też i na obcych. Między innymi przykłady, wstąpienie do zakonu siostry Teresy Marii od św. Józefa, ciotecznej siostry Jana Kazimierza, wywarło na nim, kiedy był jeszcze królewiczem, popęd do złożenia też Bogu siebie w ofierze. Nasamprzód starał się królewicz o przyjęcie do Zakonu Karmelitów Bosych w klasztorze krakowskim, następnie zamiar ten porzucił i oblókł się, wprawdzie czasowo, w suknię Towarzystwa Jezusowego”.
O. Rafał podaje źródło, z którego zaczerpnął te wiadomości: „Dokładny przebieg powołania do naszego Zakonu i kto pobudził królewicza do zmiany tego ostatniego, jak się okazało, wcale niepomyślnie, odszukaliśmy w kronice klasztoru karmelitów bosych w Warszawie pod wezwaniem Najśw. Maryi Panny Wniebowziętej. Kronika ta, zachowana w Bibliotece Ordynacji Krasińskich, i dzięki niezrównanej uczynności JWgo ordynata, przez łaskawe pośrednictwo kustosza biblioteki pana Kallenbacha udzieloną nam została do przepisania”.
Kronika warszawska napisana jest po łacinie. O. Rafał przetłumaczył na język polski opowiadanie, o którym wspomina, i umieścił je przy końcu kroniki klasztoru św. Marcina (s. 223-225). Dołączył też do tej kroniki krótką wzmiankę o klasztorach karmelitów bosych w Lublinie i Wiśniczu i o założeniu klasztoru na Wesołej. Tę ostatnią, na polecenie prowincjała, napisała pierwsza przeorysza w.m. Anna Józefa od Jezusa, ciotka kanclerza Szembeka, fundatora klasztoru. (M. Anna Józefa od Jezusa przez kilka lat pisała kronikę klasztoru św. Marcina; o. Rafał uznał jej pracę za wzorową). O. Rafał starał się umieścić na końcu każdej kroniki Księgę życia, tj. spis imion i nazwisk wszystkich karmelitanek danego klasztoru, z datą ich urodzenia i profesji. Istniały także kroniki karmelitanek lubelskich i poznańskich; pożyteczne byłoby także ich wydanie, ale o. Rafał miał już siedemdziesiąt lat, praca i choroby zniszczyły mu zdrowie; inne zajęcia zajmą resztę jego życia. Jednakowoż zrobił on dużo i Karmel będzie mu zawsze wdzięczny, także Polska, za wydobycie z pyłu zapomnienia w bibliotekach najpiękniejszych i najbardziej wzruszających kart z ich historii.
Ojciec chciał wydać kroniki w języku francuskim, aby mógł je poznać cały Zakon. Dzięki przetłumaczeniu i wydaniu życiorysu matki Teresy od Jezusa Marchockiej jego pragnienie częściowo zostało zrealizowane. Staraniem o. Rafała przetłumaczono również inne kroniki i kilka życiorysów polskich karmelitanek W liście do w.m. Marii Ksawery z początku 1902 roku czytamy: „Wielebna matka Katarzyna Flambeau, zakonnica urszulanka, tłumaczy na język francuski kronikę wileńską”. Dnia 19 stycznia 1903 roku o. Rafał pisał do m. przeoryszy w Przemyślu: „Ona [s. Katarzyna Flambeau] przetłumaczyła wszystkie kroniki waszych klasztorów na francuski. Na znak wdzięczności wysyłam jej małą relikwię z włosami s. Teresy od Dzieciątka Jezus. (...) O. Augustyn Herman był kierownikiem duchowym tej matki przed wstąpieniem do zakonu”. Rękopisy te są przechowywane w archiwum klasztoru karmelitanek na Łobzowie w Krakowie; ogłoszenie ich drukiem doda do korony św. Teresy jeden z najdroższych klejnotów i spodziewamy się, że karmelitanki nie pozwolą na to, aby w koronie ich Matki widniało długo takie puste miejsce.
Gdy w 1864 roku rząd rosyjski skasował klasztory, opuszczony przez karmelitów bosych klasztor w Warszawie zajęła Akademia Duchowna, a po przeniesieniu jej do Petersburga – Seminarium Duchowne. Po reformie w Czernej karmelici podjęli starania o odzyskanie swojego klasztoru, odpowiadano im jednak, że nie ma pieniędzy na wybudowanie nowego gmachu dla Seminarium, muszą więc czekać cierpliwie. Skrzynie, w których spakowano bogatą bibliotekę, nie zostały wysłane do Petersburga, jak się to stało z bibliotekami innych klasztorów. O. Rafał wiedział o tym, robił więc starania, aby ją oddano właścicielowi: „Czy proszono Jego Eks. Ks. Arcybiskupa warszawskiego, aby starał się rozwiązać sprawę biblioteki w Seminarium?”. Miesiąc później pisał znowu: „(...) czy J.E. Ks. Arcybiskup w Warszawie nie mógłby odszukać sposobu wyzwolenia biblioteki naszej, co w pakach w seminarium warszawskim, i nam ją postarał się zwrócić?”. I tym razem odpowiedziano mu, że musi cierpliwie czekać. Nie wszystko jednakże zostało włożone do skrzyń, i wtedy to Biblioteka Krasińskich uratowała kronikę klasztorną, o której wyżej mówiliśmy, i inne cenne rękopisy.
O. Rafał, wydając drukiem stare kroniki Karmelu w Polsce, miał podwójny cel: chciał nam stawić przed oczy przykłady naszych przodków, aby nas zachęcić do pójścia w ich ślady; chciał także przypomnieć Polakom zadanie, jakie mają do spełnienia wobec Kościoła i ożywić w ich sercach uczucia wiary, szlachetności i poświęcenia, które im zjednały tyle chwały. Tym zadaniem Polski, dla którego przodkowie, szczególniej w XVII wieku, tyle krwi przelali, jest obrona Kościoła i przyprowadzenie do niego dusz, trzymanych z daleka przez prawosławie i herezje, „(...) posłannictwie, – pisze nasz Ojciec – niestety dzisiaj mało u nas rozumianym”, korzystał też z każdej sposobności, ażeby je dać poznać innym. W jego korespondencji z 1903 roku wynika, że był zajęty czytaniem i poprawianiem tłumaczenia życiorysu siostry Natalii Naryszkin, córki św. Wincentego a Paulo. Była to Rosjanka nawrócona na katolicyzm; jej doskonale napisany życiorys mógł ułatwić powrót na łono Kościoła katolickiego wielu Rosjanom dobrym z natury, lecz przez popów prawosławnych starannie trzymanych z dala od źródła prawdy i prawdziwej miłości; toteż o. Rafał robił wszystko, aby go propagować. Już w roku 1898, z okazji ukazania się polskiego wydania życiorysu o. Hermana, wydał broszurkę, w której ukazuje nam sympatyczną postać siostry Natalii Naryszkin i stara się wykazać, że jedynie w Kościele katolickim dusza może znaleźć prawdziwe szczęście. W broszurce tej pisze, zwracając się do siostry Emilii [Rostworowskiej] ze zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, która przetłumaczyła na język polski życiorys o. Hermana: „Nadarzyła mi się przez to [czytanie życiorysu o. Hermana] sposobność do głębszego zastanowienia się nad tymi obu nawróconymi i niepodobna mi było nie podziwiać i nie uwielbiać nieograniczonej żadnymi przeciwnościami ludzkimi wszechmocy Boskiej, która jest zawsze mocną stargać wszelką i z kogo bądź zasłonę błędu, dla okazania światła prawdy i skierowania z ciemnoty wyzwolonych jednostek do spełnienia posłannictwa od wieków im wytkniętego! Obecnością swą w Sakramencie Przenajświętszym zdobywał Pan Jezus Hermana; obecnością swą w Kościele świętym pozyskał Natalię (...).
Mistrzem zaś duchownym, przeznaczonym do ostatecznego wykształcenia piękna duszy Natalii Naryszkin, był właśnie o. Augustyn Herman. Spotkali się oni ze sobą bezwiednie, jakby ręką Opatrzności sprowadzeni z różnych ognisk wrogich Kościołowi świętemu, na łonie Kościoła. Jeden po chrzcie świętym prowadzi życie pokutne w Karmelu, oddany pracy bogomyślnej i misyjnej, jako męczennik ofiarności swej przy duchownej posłudze jeńcom francuskim w czasie wojny francusko-pruskiej w Spandau żywot swój na obczyźnie kończy; druga zaś – Natalia ucieka ze schizmy i skarb swej niewinności w bezpieczne składa schronienie jako córka Zgromadzenia Szarytek i przez cały czas największych zamętów społecznych (1848-1874) zostaje w pracy, bohatersko niekiedy podejmowanej dla niesienia pomocy bliźnim w najróżnorodniejszych potrzebach i trwa w poświęceniu się swym ofiarnym do ostatnich chwil życia swego.
Wierni wezwaniu i posłannictwu swemu powiedzieć mogli ze świętym Ap. Pawłem: Cursum consummavi, fidem servavi”. (...)
Wiara katolicka ich złączyła i ona była źródłem ich szczęścia. O. Rafał to przypomina: „Ale przede wszystkim niepodobna nie postawić sobie pytania: dlaczego Herman, opuszczając świat i ponęty jego nie szukał pokuty w judaizmie, w którym przedtem zostawał? Dlaczego i Natalia, będąc dorosłą dziewicą i pozostając jeszcze w schizmie, i wówczas już czyniąc wrażenie w otoczeniu katolickim na zabawach światowych dziewczynki po przyjęciu I Komunii świętej, dlaczego ona nie szukała w schizmatyckiej cerkwi pomocy do trwania w tym pięknie swej niewinności? Gdzie źródło miłości Bożej zapałów po chrzcie świętym u Hermana; jaka zaś nieznana siła kierowała ręką Natalii do nakreślenia po przejściu swym na łono Kościoła świętego następnego wyznania: «Nareszcie jestem szczęśliwą. Naprawdę szczęśliwą, bo powróciłam do owczarni, lecz smutna, bom tego niegodna. Dzisiaj rano o godz. 8 wyrzekłam się schizmy».
Ach, źródłem, z którego wypłynęły potoki miłości, siłą, która sprowadziła wylew dotąd nieznanej radości – była wiara święta. Nie ma jej ani w judaizmie, ani w schizmie, lecz tylko w jednym prawdziwym Kościele katolickim, i w tym Kościele jedynie każdy z obu naszych nawróconych źródło wody żywej dla duszy swej, spragnionej prawdy, mógł znaleźć. Sprawcą tu sam Bóg. Posłuchajmy samej Natalii: «Czy podobna oprzeć się temu głosowi przenikającemu do głębi duszy? On nie daje nam spokoju. O, jak przedziwnie Bóg, który mówi do naszego serca, osacza nas swoją troskliwością i zniewala nas do pójścia za Jego głosem!». I sam Bóg wracającym do swej owczarni zdejmuje zasłonę ciemnoty dla okazania dziwów swej Boskiej prawdy; otwiera też zdroje pokrzepiające przez obcowanie ze sobą swych wybranych. Nie patrzą oni na swe ziemskie pochodzenie, czy z tej lub owej jaskini błędów są wyzwoleni – w Bogu spoczywają, w Bogu pokrzepienie sobie wzajemnie przynoszą. «Jak ci się wywdzięczę za twój hojny dar – pisze Natalia do swej siostry Katarzyny Naryszkin, także ze schizmy nawróconej, dziękując tej ostatniej za przysłaną jałmużnę. Chyba rozdawnictwem w twym imieniu na uczynki miłosierdzia, w których serce twe pozwala mi brać udział. Żyjąc sama w ubóstwie, w odpłatę mogę ci tylko ofiarować obrazek, lecz obrazek ten nosi podpis świętego. Zważ tylko, przez dni piętnaście korzystać mogłam z obecności o. Hermana. Wiesz o jego w r. 1847 nawróceniu. Nie dałabyś może wiary, do jakiego stopnia silnie i ustawicznie łaska działa w tej duszy. Składajmy wspólnie za to Bogu dzięki. Towarzyszki moje — odrodzone i przejęte wonią wdzięczną tylu cnót. (...) Niepodobna nie móc korzystać w jaki bądź sposób ze zbawiennego wpływu, który on wywiera». W innym zaś liście do tejże siostry pisze: «Dobry ojciec Herman przybywa w poniedziałek... Jaka to rozkosz kochać Jezusa, jak Go miłowali święci, jak Go teraz miłują dusze święte... Miłość jak ogień ogarnia i przenika promieńmi swymi otaczających serca». Nie przypuszczała Natalia, gdy te wyrazy kreśliła, myśli o wyroku, jaki był na nią samą wydany? Po nawróceniu się jej, jeszcze na świecie, przed wstąpieniem do zakonu, nazywano ją une échappée du ciel, czyli jedną z najpiękniejszych dusz w Kościele świętym.
Tak więc uwydatnia się w całej prawdzie i rzeczywistości, jak urocza niwa Kościoła; na tej niwie składa się wieniec z kwiatów barwy zachwycającej i tworzy on prawdziwą koronę chwały Bożej. Lecz jeżeli się Bogu podobało postawić na widowni dla wszystkich te dwa głośne spółczesne nawrócenia się, nie dlatego jednak Opatrzność to sprawia, aby one miały być wyłączne w dziejach Kościoła; wielu i w zaciszu Pan Jezus do siebie pociąga, a także i w naszej Ojczyźnie. Oto przykłady:
«Za przysłaną mi tak śliczną i dobrą książeczkę – pisze w liście z d. 9 sierpnia br. nawrócona Żydóweczka – rączki i nóżki całuję. Zaraz po otrzymaniu rozcinałam kartki, i przeczytawszy (sic) napiszę jako do Wielebnego mego Ojca, że kiedy myślę o Męce Najdroższego Zbawiciela, zawsze się rozpłaczę; mamy koło domu naszego kapliczkę z figurą, to jest Pan Jezus ukrzyżowany tam, ale tak było zaniechane; poszłam tam, wymiotłam, posprzątałam i zapaliłam lampkę. Czasem idę tam modlić się, a oglądać te straszne rany Pana Jezusa».
«Ja bym tak chciała – pisze w r. 1892 z protestantyzmu nawrócona matka kilkorga dzieci, a dobrze znajoma niektórym siostrom waszego zgromadzenia – ja bym tak chciała słyszeć kogoś bardzo kochającego Boga, aby mi mówił to, czego w żadnej książce nie znajdę, żebym i ja całym sercem i duszą oddaną była Bogu. Nie potrafię wypowiedzieć, czego chcę i pragnę, bo mi się zdaje, że bez mówienia wyczytasz w duszy mojej». Matką teraz jest wzorową, prawdziwie, jak mówi Ventura: une mère d'Eglise.
Przed kilku laty młodziuchna dzieweczka, rodem z Anglii, wyrzekła się błędów anglikanizmu; w jednej kapliczce w Krakowie warunkowo udzielony był jej chrzest święty. Bóg ją powołał do czuwania nad dziatkami w naszym kraju w rodzinie polskiej, wzorowo katolickiej.
Do trzech wspomnianych w tym samym czasie przybyła jeszcze jedna ze schizmy, jedna z luteranizmu – wszystkie więc szukały wyzwolenia się z niewiary, schizmy i kacerstwa i znalazły to wyzwolenie na ziemi naszej. Świadczy to o posłannictwie narodu naszego w Kościele świętym, posłannictwie, niestety dzisiaj u nas mało rozumianym”.
Pod koniec broszurki o. Rafał wyraża życzenie dla siostry Emilii: „Oby korzystać tylko chciano z twojej pracy i oby ta praca w sercach czytających wydała owoce przez ciebie upragnione. Oby życiem o. Hermana i siostry Natalii Naryszkin zostający poza obrębem Kościoła zostali oświeceni, że tylko w Kościele św. katolickim wiara żywot wieczny daje”.
O. Rafał pracował usilnie nad wydaniem życiorysu siostry Natalii Naryszkin, jak również życiorysu o. Hermana; możemy powiedzieć, że tylko dzięki niemu siostra Emilia mogła urzeczywistnić swój zamiar. W liście do Ojca z 11 listopada 1895 roku pisała: „Pan Jezus w swej wielkiej dobroci zesłał mi chorobę piersiową, która mnie może niedługo sprzątnie z tego świata, a która tymczasem nie pozwala mi dużo mówić i poświęcać się pracom naszego świętego powołania. Chcąc pożytecznie użyć te długie wolne godziny, tłumaczę na polski niektóre dobre i budujące książki. Wpadło mi w ręce życie o. Hermana, karmelity, i wydało mi się dziwnie zagrzewające do miłości Bożej, a więc godne tłumaczenia. Praca już prawie skończona, może się doczeka druku, ale chodzi o to, czy już nie drukowana, o czym Ojciec musi dobrze wiedzieć? Gebethner powiada, że nie, tymczasem ktoś mi mówił, że słyszał czytane po polsku życie Hermana. W kłopocie udaję się do łaskawego Ojca, a przy tym zapytuję, czy Ojciec z własnych wspomnień nie mógłby coś dorzucić do tego życiorysu? W Paryżu mógł Ojciec łatwo znać o. Hermana albo o nim słyszeć; może wśród własnych braci zakonnych. Radabym bardzo była takim wspomnieniom i sądzę, że mi ich Ojciec nie odmówi, jeśli co odnajdzie w pamięci”.
O. Rafał nie znał o. Hermana, ale o. Bartłomiej od św. Teresy był jego wychowankiem w nowicjacie prowincji akwitańskiej w roku 1870, i inny ojciec, który w tym samym nowicjacie zajmował celę, w której przedtem mieszkał o. Herman; znajdowała się ona najbliżej Najśw. Sakramentu. Ci dwaj ojcowie wiedzieli o nim dużo szczegółów i o. Rafał mógł zadośćuczynić życzeniu siostry Emilii. Uzyskał on też od właścicielki francuskiego wydania pozwolenie na wydanie tego życiorysu w języku polskim, o co przedtem na próżno zabiegała tłumaczka; właścicielką była siostra o. Hermana, pani M. Raunheim. W styczniu 1896 roku pisała ona: „Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby życiorys ukochanego brata mego, o. Hermana, został przełożony na język polski. Książka ta jest moją własnością, ponieważ poniosłam wszystkie koszta nakładu; musiałam zapłacić znaczną sumę panu Sylwain [autor] i panu Oudin [wydawca]. Czy dobry Ojciec z Czernej [o. Rafał] może mnie zapewnić, że tłumaczenie polskie będzie dokładne i dobrze zrobione? Czy będę mogła pokazać je któremu z Polaków, który byłby zdolny osądzić tę sprawę? Zależy mi na tym, aby żadne słowo nie zostało zmienione. Książka ta została już przetłumaczona na języki niemiecki, angielski i włoski”. O. Atanazy od Niepokalanego Poczęcia, który nam służył za pośrednika, przysyłając nam tę odpowiedź, dodał: „Siostra o. Hermana jest osobą bardzo pobożną, zna naszych ojców w Passy i jest tercjarką naszego zakonu”.
W miesiąc później pani Raunheim tłumaczyła się przed nami, dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, aby tłumaczenie życiorysu jej brata były dokładnie i wierne: „Życiorys napisany przez ks. Sylvain powstał pod okiem nieodżałowanego o. Marcina podczas jego pobytu w Rzymie; był więc jakby przez niego samego napisany”. Ojciec ten jako ksiądz w diecezji Tours i profesor retoryki usłyszał kazanie o. Hermana o niewypowiedzianym szczęściu, jakie odczuwał z tego, że jest chrześcijaninem i zakonnikiem. Pod wpływem tego kazania wstąpił do niedawno odnowionej prowincji akwitańskiej zakonu i był, podobnie jak o. Herman, jednym z jej filarów przez lat piętnaście. Po uwolnieniu się od urzędu prowincjała, usunął się na samotność do eremu w Tarasteix, założonego przez o. Hermana; o. Marcin wprowadził tam życie eremickie w roku 1869. Ten przykład wielkiej pokory został wkrótce wynagrodzony: w roku 1872 został definitorem generalnym; urząd ten sprawował przez osiemnaście lat z rzędu. Nikt w Karmelu nie znał lepiej o. Hermana niż on i pani Raunheim miała słuszność pisząc, że w pewnym sensie on był autorem życiorysu jej brata, zwłaszcza jego drugiej części, dla której dostarczył kanonikowi Sylvain niezbędnych informacji. Współautorką pierwszej części była pani Raunheim, gdyż od niej pochodziły podane tam wiadomości. Zrozumiałym więc było jej pragnienie, aby tłumaczenie było wierne i odmówienie siostrze Emilii pozwolenia na wydanie drukiem jej przekładu, gdy dowiedziała się, że jest on bardzo niedokładny, a dwa rozdziały pominięto zupełnie. Siostra Emilia, nie czując się na siłach, aby przerobić całą pracę, kazała odpowiedzieć, że rezygnuje ze swego zamiaru i życiorysu o. Hermana nie wyda.
Praca jej miała jednak dużą wartość i mogła była zrobić dużo dobrego, toteż postanowienie to zmartwiło o. Rafała, napisał więc jeszcze raz do pani Raunheim i otrzymał następującą odpowiedź: „Niech Ojciec robi, co uważa za stosowne. O. Herman należy tak samo do was, jak i do mnie. Zgadzam się na to, aby praca kochanej siostry Emilii została wydaną taką, jaką jest i powtarzam za Waszą Wielebnością: lepiej to niż nic. Prośmy Matkę Bożą z Góry Karmelu, aby wydanie polskie zrobiło tyle dobrego co wydania w innych językach. Proszę powiedzieć siostrze Emilii, że jestem złączona z nią w Jezusie Chrystusie”.
O. Herman rozpoczął więc swoją misję w Polsce, gdzie jest tylu Żydów; wnosi radość, pociechę i odwagę w serca tych synów Izraela, którzy powrócili do owczarni Piotrowej i wszystkich dusz pokutujących. O. Rafał cieszył się tą myślą i błogosławił Boga, lecz nie był jeszcze zadowolony. Znał zakonnicę zaprzyjaźnioną z o. Hermanem i prosił ją o spisanie wszystkiego, co wiedziała i pamiętała o tym świętym zakonniku. Siostra ta zastosowała się do jego życzenia, a Ojciec opublikował jej pracę w „Chroniques du Carmel”. Przytaczamy ją tutaj bez zmian. [...]
Rozdział XVIII
Czerna (ciąg dalszy)
Kierownictwo duchowe. Karmelici, rodzina, karmelitanki.
O. Rafał powrócił do Czernej. Jako definitor nie miał obowiązku kierowania zgromadzeniem, lecz mimo to oczy wszystkich były na niego zwrócone. Wszyscy go szanują, kochają i cieszą się, że mogą codziennie patrzeć na przykład, jaki dawał gorliwym pełnieniem cnót zakonnych. Świeccy również nie zapominali o jego obecności i korzystali z jego niewyczerpanej dobroci w swych potrzebach duchowych. Otrzymywał liczne listy z Warszawy i od wszystkich klasztorów karmelitańskich w Polsce.
Rodzina donosiła mu o swych radościach i smutkach, a we wszystkich swych potrzebach prosiła go o modlitwę i radę. I nie na próżno, gdyż o. Rafał opuszczając świat nie zapomniał o duszach, które w nim zostawił; on serdecznie kochał te dusze, codziennie polecał je Bogu i przy każdej sposobności czynił im dobrze. Przede wszystkim starał się podtrzymać w nich i rozwinąć ducha wiary, który nas umacnia i pociesza, wskazując nam nieustannie na Boga, nasze dobro najwyższe, cel jedyny, do którego powinny prowadzić wszystkie nasze działania i trudy. W każdym prawie liście radzi oddanie się pod opiekę Najśw. Panny, tej Matki tak dobrej i tak potężnej, która cieszy się, gdy może przyjść z pomocą swym dzieciom, z ufnością się do Niej uciekającym. W listopadzie 1903 roku odwiedziło go w Czernej dwóch jego bratanków, synów Karola. Przed odjazdem chciał ich oddać pod opiekę Matki Bożej i dlatego nałożył im szkaplerz, przywiązując ich przez to do siebie nowymi węzłami, węzłami pokrewieństwa duchowego, które im dawało prawo uczestniczenia w modlitwach, dobrych uczynkach i odpustach całego Zakonu Najśw. Maryi Panny z Góry Karmel.
Nowy przełożony prowincjalny pozostawił go na urzędzie wikariusza prowincjalnego karmelitanek; odwiedzał je corocznie i pomagał im skutecznie we wszystkich potrzebach materialnych i duchowych. Był też ich pośrednikiem u władz cywilnych, a pośrednictwo to było w owych czasach często potrzebne z powodu budowy kilku nowych klasztorów. Gdy finanse były w złym stanie, starał się o pieniądze i umiał je znaleźć. Kilka razy w jego listach spotykamy nazwisko hr. Stanisława Grocholskiego, dobrodzieja klasztoru w Przemyślu.
Przede wszystkim jednak celem jego usilnych starań były dusze. „Wzywał nas zawsze do wytrwania w dobrym, pisze nam jedna z przeorysz, do kroczenia z odwagą drogą świętości, do wyrzeczenia się siebie i zwalczania naszych namiętności”. „Ojcu Rafałowi winna jestem ogromną wdzięczność, pisze inna. Bóg jeden wie, ile sobie zadał trudu, aby pouczyć mnie o mych obowiązkach, przełamać mą wolę, wykorzenić wady i rzucić w moją duszę ziarna cnoty”. Przełożeni poznali jej umysł światły, sąd prawy i wolę energiczną, a przewidując, że odda ona duże usługi Karmelowi w Polsce, otoczyli ją szczególną opieką. Kilka listów o. prowincjała pozwalają nam poznać, jak bardzo starał się umartwiać wolę własną córek duchowych i ćwiczyć je w pokorze. O. Rafał to samo praktykował wobec tej, która o tym opowiada. Dobra ta siostra znosiła doświadczenia z odwagą, a za gorliwość swego Ojca duchowego odpłacała się zdwojonym przywiązaniem, co go bardzo wzruszyło; kazał jej też powiedzieć, co o niej myśli, dla podtrzymania jej odwagi, a równocześnie dla zwrócenia uwagi m. przeoryszy na jej zasługi: „W podróży przyszło mi na myśl, ilem doświadczył uczynności niezasłużonej od najmilszej s. Teresy Małgorzaty; nadto przez cały czas swego kołowania budowała mię swym zakonnym zachowaniem się, i nigdy nicem nie spostrzegł, co by na zewnątrz w czymkolwiek uchybionym było. Należało mi się za to wszystko szczerze jej podziękować; zamiast tego, na pożegnanie, jeszcze najmilszej Siostrze kapitułę uczyniłem. Pw. Matka Teresa będzie łaskawą i wypowiedzieć wszystko wspomniane N.S. Małgorzacie w mym imieniu – nie odmówi”. W rok później posłał ją do klasztoru we Lwowie, gdzie była podporą matki założycielki, której siły gasły, a potem jej następczynią. Inne karmelitanki również pisały nam, z jaką miłością i delikatnością kierował nimi. „Gdy która z sióstr przyznawała mu się do wstrętu, jaki odczuwała wobec osób lub rzeczy i do trudności, jakie miała w zwalczaniu go, starał się bardzo, aby jej dopomóc w przezwyciężeniu się. Np. mówił jej: «Jaka siostra szczęśliwa, że ma sposobność uzyskania zasług dla nieba. Ciągłe przezwyciężanie się na tym punkcie, to rodzaj męczeństwa. Niechże siostra spojrzy: bez przelania kropli krwi może siostra zdobyć palmę i koronę męczeństwa». Gdy która z sióstr, przeżywając jaką trudność lub zmartwienie, zaraz mu o tym donosiła, odpisywał jej uprzejmie: «Niech siostra poczeka trochę i nie od razu pisze do mnie, choć bardzo mi miło, gdy otrzymuję od niej listy. Mówię to dla dobra jej duszy». Gdy która z zakonnic była nagabywana przez pokusy i wydawała mu się mało skłonna do pójścia za jego radami, pozwolił jej mówić i słuchał jej jakby z zajęciem, lecz później korzystał z nadarzającej się okazji podczas rekolekcji albo w chwili, kiedy dusza chętnie chciała spełnić to, czego Bóg od niej żądał, aby przypomnieć jej głupstwa, jakie usłyszał od niej przed kilkoma dniami, a czynił to z uśmiechem i w tak miły sposób, że każda się roześmiała i przyznawała mu rację. W ten sposób dokonywały się nawrócenia. Ojciec pozwalał nam mówić, lecz gdy widział, że rozmowa staje się pusta, umiał jej kres położyć. Czasem słuchał nic nie mówiąc, lecz później, po dobrej spowiedzi, robił swoje uwagi w nauce: «Ostatnim razem zauważyłem, że siostra powiedziała kilka rzeczy, bez których można się było doskonale obejść. Widziałem to dobrze, lecz pozwoliłem siostrze mówić». Przyznawano mu słuszność, gdyż zapewne modlitwa Ojca sprawiała, że siostra sama spostrzegła, że szukała tylko własnego zadowolenia. Przy furcie, w rozmównicy, w klauzurze, gdy wchodził tam podczas wizytacji, wszędzie zauważał nasze błędy i upominał nas, a robił to tak delikatnie i z taki taktem, że chętnie przyjmowałyśmy każdą jego uwagę. Mówił nam na przykład: «Mówię wam o tym, ponieważ mam do was zaufanie; jestem waszym bratem i pragnę waszego dobra». Gdy mówiłyśmy mu o rozmaitych pokusach, nigdy nie dziwił się. «Wszyscy mamy swoje pokusy, mówił, a to jest pokusa przeciw miłości». Zachęcał nas do zapisywania dobrych myśli, jakie Bóg nam zsyłał i do odczytywania ich w chwili pokusy; czyniłyśmy to i było to naszym ratunkiem w tych ciężkich chwilach. W ten sposób sprawdzały się słowa naszej Reguły: «święte rozważanie ustrzeże cię». Jedna z sióstr, która miała ciężkie zmartwienie, chciała pomówić z Ojcem jak najprędzej, a uważając, że musi zbyt długo czekać na swoją kolejkę, zniecierpliwiła się. O. Rafał starał się ją uspokoić i delikatnie zwrócił jej uwagę: «Jaka szkoda, że siostra nie umiała się przezwyciężyć! ». Przypomniał jej łaski otrzymane od Boga, powiedział parę słów pochwały i zakończył słowami: «Trzeba było ofiarować Bogu tę małą przykrość i czekać cierpliwie». W każdej z licznych tego rodzaju sytuacji umiał pozyskać sobie dusze delikatnym sposobem postępowania i prowadzić je do zamierzonego celu”.
Skromność i delikatność nie przeszkadzały mu jednak nigdy w wypełnieniu tego, co mu dyktowała miłość. Gdy księżna Czartoryska, przewielebna matka Maria Ksawera od Jezusa została obrana po raz pierwszy przeoryszą, nie zamierzał udzielać jej rady. Poprzestał na posłaniu jej ustępu z kroniki karmelitanek w Lublinie: „RP. 1648. Obraną tedy była za przeoryszę tego klasztoru W.M. Anna od Jezusa. Widząc taką zgodę i miłość sióstr, chcąc dogodzić ich pragnieniu, przyjęła ten ciężar urzędu tego, choć z niemałym uciążeniem swoim, gdysz jusz się bardzo słabą czuła na zdrowiu, pracami nadwątlona była. Jednak zapomniawszy słabość zdrowia swego i lat niemałych, podjęła się usłużyć siostrom w tak wielkich ich na ten czas potrzebach i przypadkach jako matka i fundatorka ich prawdziwa. Gdysz od początku jako ją było obrano w Krakowie na definitorium za pierwszą na tę fundację, przez dwie lecie i po tym po dwa razy, gdy ją siostry obierały za przeoryszę, sprawowała ten urząd w wielkiej miłości pokoju i świętobliwości, prowadząc zakonnice drogą obserwanciej i pierwocin swoich do doskonałości; sama im przykładem będąc i do wszystkiego uprzedzając, torowała im drogę, idąc przed nimi. Gdysz nie było tego uczynku powinności, prace, ratunku, potrzeby jakiej, do której by ona pierwy nie miała przyść dogodzić i wszelakie dosyć uczynienie dać każdy, według jej potrzeby i pragnienia, ze wszelką miłością, życzliwością i przykładem dobrym i cierpliwością; jako to bywa na urzędzie przełożeństwa, wiele okazjej do znoszenia przykrych, jednak to ona wesoło znosiła, że nie znać było, aby kiedy co przeciwnego było, i owszem mawiała, toż to ja nie mam nic do kogo, żaden mi słówka nie rzecze przykrego, nie mam nic do cierpienia, boję się złego drażnić. Co z pokory mówiła”.
Te słowa wystarczyły m. Marii Ksawerze i podczas całego trzechlecia o. Rafał musiał powściągać jej gorliwość, a czasem nawet nakazywać jej, aby więcej dbała o swe zdrowie. Gdy trzechlecie się kończyło, napisał do niej list z pochwałą i podziękowaniem: „Przewielebna Matko! List dzisiejszy – już ostatni za czasów rządów Waszej Przewielebności. Rzutem jednym oka przebiegłem trzy lata ubiegłe i z prawdziwą wdzięcznością można hymn chwały Panu nad pany zaśpiewać, za błogosławieństwa otrzymane w tym trzechleciu dla waszego klasztoru i dla zakonu pośrednio. Trzy najmilsze siostry Bogu się poświęciły i zgromadzenie zasiliły, środki dla budowy powiększone zostały, sąsiada (żyda) się pozbyło, a najdroższą siostrę, śp. Stefanię do nieba wyprawiono.
Przybyła więc nowa pobudka do większej wdzięczności za te dobrodziejstwa miłosiernego Boga, gdyż nic bez Opatrzności Jego nie przychodzi, a stworzeniu samemu zostaje zawsze ta prawda do wyznawania w głębi duszy: ,,Słudzy niepożyteczni jesteśmy. – Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam". W stosunku do pojedynczych sióstr, Bóg udzielił dar roztropnej miłości, nie raz z zaparciem się niemałym samej siebie. Krzyże – nierozłączni towarzysze w pielgrzymce doczesnej, w cierpliwości i wyrozumiałości niesione były.
Wadowice ile zawdzięczać winne za tyle pomocy im udzielonej, ze współdziałaniem najmilszych sióstr zgromadzenia świętego.
Dodać jeszcze prace łożone koło wydawnictwa pamiątek, tak cennych, przeszłości zakonu, żywot bł. m. Teresy a Jesu Marchockiej, gorliwość W.M. Teresy w tłumaczeniu na język francuski, a wiele jeszcze innych rzeczy w działaniu na zewnątrz, mnie w maluczkiej części wiadomych. We wszystkim zaś prawdziwe przywiązanie do Zakonu świętego i pragnienie dobra bliźniego. Jeśliby zatem Wasza Przewielebność miała się z czego oskarżać – oprócz tajników duszy – to chyba z popędu do czynienia za wiele (...)”.
Prawo Karmelu zabrania pisać do kogokolwiek bądź, nawet do przełożonych, jedynie dla złożenia mu życzeń na imieniny. Gdy nadeszły imieniny w.m. Marii Ksawery, wielka była zawsze radość w klasztorze na Łobzowie. Ta czcigodna Matka tyle dla nas zrobiła. Ona najwięcej przyczyniła się do reformy w Czernej i jej zawdzięczał o. Rafał swoje powołanie, opowiadał nam też, co zdziałała przez ten czas, gdy była przeoryszą. Czyż mógł więc w dzień imienin nie okazać jej swej wdzięczności? Nigdy w ten dzień nie pisał do niej listu, lecz corocznie przysyłał bilecik z odpowiednią sentencją; pisał go własnoręcznie, lecz podpisywał: S. Maria Ksawera; do niej wszystko się odnosiło. Oto co czytamy na jednej z tych kartek:
„Mój najłaskawszy Boże, oto umowa, którą zawieram z Tobą: ja umrę całkowicie sobie, abyś Ty sam żył we mnie; zamilknę zupełnie, abyś Ty mówił we mnie; zaprzestanę wszelkiego działania, abyś Ty działał we mnie. Amen!”. – Św. Augustyn.
Oto druga kartka: „Św. Franciszku Ksawery, wielki Apostole Indii, ty, który przez pośrednictwo Maryi obdarowany zostałeś tylu łaskami, proś Ją za mnie, wstawiaj się za mnie, która noszę Twoje imię, aby zechciała pamiętać także o mnie w życiu i w chwili śmierci. Postanawiam powtarzać często za tobą: Matko Boska, pamiętaj o mnie”.
Trzecia kartka zawierała tylko te kilka słów: „Mój Boże, moje Dobro jedyne, jesteś moim całkowicie; niechże i ja będę całkowicie Twoją. S. Maria Ksawera”.
[...]
[Strona poprzedna] [Góra] [Strona następna]
PRZYPISY
Julian Antoni Dunajewski.
List 1275, do m. Marii Ksawery Czartoryskiej, Wadowice, 14 VI 1901.
Dokument nominacji nosi datę: 1 VI 1901.
List 1274, do m. Anny Kalkstein, Wadowice, 13 VI 1901.
|